Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

30.07.2004 - toga dansverg - moondalla 3 (Templar)


Kto: Toga Dansverg
Miejsce: Ulkowy koło Gdańska
Data: 30.07.-01.08.2004

Rok 2004. Toga Dansverg i spółka ponownie zabrali się za temat kilkudniowego festiwalu. Moondalla znów była na językach wielu polskich fanów psychodelicznych dźwięków. Tegoroczną ciekawostką była z pewnością nowa miejscówka festiwalu. Poprzednie dwie edycje Moondalli odbyły się w Żuławie, tym razem Toga Dansverg postawiła na miejscowość o nazwie Ulkowy, gdzie wraz z doborową ekipą udałem się już w czerwcu celem małego rekonesansu i rozeznania. Nowe miejsce, nowe wyzwania. Kolejną gratką były nowe postacie osób grających, które tchnęły powiew świeżości w skostniałe lineupy polskich imprez, na których, bądźmy szczerzy, prezentowane jest w wielu przypadkach ciągle to samo. Ponieważ nie był to mój dziewiczy rejs w krainę Moondalli (miałem już za sobą jej dwie edycje) frapowało mnie wiele pytań. Czy i tym razem Moondalla będzie miała coś wartościowego do zaoferowania? Czy będzie to odgrzewanie starego kotleta? Czy w Polsce wreszcie coś ruszyło? I wreszcie - czy Jennifer Lopez ze swoim grubym tyłkiem i pseudotalentem do grania w filmach i śpiewania znajdzie sobie męża? Przekonajcie się sami...

30 LIPCA 2004 - PIĄTEK - Poproszę palcówkę. Pół kilo...

Tak jak mogłem się tego spodziewać nie spałem już od rana. Przyczyny? Moondalla oraz wysoka temperatura panująca w moim pokoju już od godziny 7. Wyjrzałem przez okno. Pogoda że palce lizać. Po spakowaniu się, zakupieniu olejku do opalania z odpowiednim filtrem i skrzyknięciu ekipy pod moim blokiem pojawiły się dwa samochody. All set. Wyjechaliśmy ok. godziny 13 w składzie Just Mike, Sylwia, Ower, Dagmara, Mauser no i ja... plus 8 pasażer Nostromo. :) Obowiązkowo zatrzymaliśmy się na zakupy w sklepie sieci Auchan. Hitem sezonu okazały się być nabyte przeze mnie, Owera i Mausera okulary przeciwsłoneczne (nie ma to jak kupić sobie trzy takie same pary, co by lansu stało się zadość), na które wydaliśmy fortunę. Niezbędne okazały się postoje przy stoiskach z wędlinami (dacie wiarę, że istnieje coś takiego jak kiełbasa Palcówka?) oraz alkoholem. Przy tym ostatnim obserwowaliśmy nadpobudliwą panią, która zakupiła karton wódki. Wydało mi się całkiem prawdopodobne, że jechała na jakiś konkurencyjny plener. Polak to ma zdrowie...

Kiełbasa na grilla, piwo i inne ingrediencje naszego tripu zakupione, więc jedziemy dalej. Jazdę umila muzyczna składanka prosto z Templar Records, pogoda aż za dobra, wszędzie niemiłosierny upał. Z czasem ujrzeliśmy znajome nam z czerwca tereny, po czym kierując się znakami Togi ujrzeliśmy w oddali kilka namiotów piętrzących się na horyzoncie. Miejscówka zaprezentowała się nader okazale. Toga Dansverg miała w tym miesiącu spore pole do popisu i całkiem nieźle się z tego wywiązała. Wchodząc od strony bramki wchodziliśmy na główną scenę, która otoczona była dekoracjami Neili i Yanzana (ci to mają talent) oraz czerwonymi rurami z materiału, które w połączeniu z licznymi chorągwiami zawieszonymi nad naszymi głowami dawały w nocy dość ciekawy efekt. W środku sceny ustawiono przestrzenną bryłę z materiału, od której odchodziły wspomniane pasma chorągiewek. Wyglądało to naprawdę... festiwalowo. W centrum mainfloorowej uwagi obowiązkowo znajdowała się DJ'ka, a nieopodal sceny stał bar pod wezwaniem Millera, jako że w tym roku Toga załatwiła sobie sponsora w postaci piwa tej marki. Jak na razie wszystko bardzo dobrze rozplanowane. Obok głównej sceny nie sposób było nie zauważyć dwóch małych jeziorek. Te, choć dość zamulone, w trakcie trwania festiwalu dały chłód i radość wielu osobom. W jednym z nich, tuż na wprost DJ'ki stała dumnie wielka biała rzeźba, jak żywo przypominająca te z Wysp Wielkanocnych. Daleko w tle majaczył chillout. Niestety, w tym miejscu należy nadmienić wadę, jaką stanowiło położenie chilloutu. Z uwagi na spory teren Moondalli 3, umiejscowienie chilloutu w tak ustronnym miejscu, w jakim się znajdował, było chybione. Poza tym dokoła nas rozciągały się przykuwające uwagę sielskie krajobrazy z jakich słynie Polska. Ogólnie z połączenia natury miejscowości Ulkowy i czynnika psy' otrzymaliśmy wysoce ciekawą mieszankę.

Na długo przed wyjazdem zastanawiałem się jak zostanie rozwiązana kwestia obozowiska. Bałem się, że przy nieodpowiedni zagospodarowaniu terenu będzie problem z odpowiednim rozstawieniem namiotów. Obawy prysły jak bańka mydlana, do dyspozycji mieliśmy kilka hektarów wolnej przestrzeni, pozostało tylko znaleźć sobie odpowiednią lokację. Na miejscu byli już nasi znajomi, między innymi Gosia, Styropian, Xanti, Alien, JetMan i Jagodziani (Gagarin i Kędzior), którzy na miejsce przybyli znacznie wcześniej, a którzy zabukowali na wspólny obóz kilka miejsc na wzgórzu. Wchodząc na górę poczułem się jak pewna mitologiczna postać, z tą różnicą że nie miałem przed sobą wielkiego głazu do pchania. Poza dość ciężkim dojściem miejsce mieliśmy wyśmienite, sporo cienia (ten okazał się być niezwykle cenny w te upalne dni), równy teren do postawienia namiotów, dobry punkt obserwacyjny reszty terenu i blisko do naturalnego wychodka. Czegoż chcieć więcej? Kiedy ekipa przybyła z bagażami i rozbiliśmy namioty mogliśmy spokojnie realizować plan chilloutu na łonie natury. W moim przypadku pomocne w realizacji tegoż były: cygaro, leżak i piwo.

Mijały kolejne godziny, a my łapaliśmy coraz to większego lenia. Z powodu fantastycznego klimatu jaki panował w obozie zapomnieliśmy zupełnie o właściwej Moondalli i poczuliśmy się jak na jakimś wielkim biwaku, w którym panowała istna profamilijna atmosfera. Grill i smak kiełbasy były ukoronowaniem tego pięknego dnia. Choć chciałoby się zatrzymać te popołudniowe chwilę na dłużej szybko nadszedł wieczór i zaczęło się ściemniać. Dotarli Lemon i Oskar, wszyscy jesteśmy w komplecie. Zgodnie z lineupem (takiego zestawienia słów już nie uświadczycie w tej relacji) DJ Atan rozpoczął moondallowe intro. Co jakiś czas byliśmy pod wrażeniem utworów z dobrze znanymi patentami Goa. Mimo tych rodzynków w cieście muzyka balansowała na cienkiej granicy między dawkowaniem napięcia a irytacją. Oczywiście technicznie na najwyższym poziomie, jednak to nie wystarczało...

30 LIPCA 2004 - SOBOTA - Od transu piękniejsza jest tylko krowa...

Intro przeciągało się niemiłosiernie, a my czekaliśmy na osobę, która miała zagrać po Atanie. Wkrótce muzyka na mainfloorze zrobiła się nieco żywsza, więc postanowiliśmy udać się na dół. Kiedy zajęliśmy dogodne pozycje i rozejrzeliśmy się dokoła stwierdziliśmy, że sporo znakomitych skądinąd dekoracji nie otrzymało odpowiedniego oświetlenia światłem UV. Fluoro-płótna powiewały bez skrępowania na wietrze zawiązując się beztrosko na sznurach, a przecież wystarczyło je przywiązać jeszcze z drugiej strony.

Po pewnym czasie muzyka zwolniła, a na środek sceny wyskoczyło kilka osób, które dały pokaz ognia. Wśród władców ognia była także znajoma nam Mirka. Brawo Mira i reszta! Oczywiście cały pokaz spotkał się z aplauzem publiczności, po czym wszyscy powrócili do tańca. Nad DJ'ką znajdował się wielki ekran, na którym wyświetlane były kosmiczne wizualizacje, co dodawało wszystkiemu miłego, fraktalicznego posmaku. Za dekami stał import z Izraela w osobie DJ'a Tula, który rozpoczął swój liveact. Przyznam szczerze, że przed tym jak zobaczyłem Tula w rozpisce Moondalli 3 w ogóle nie byłem zaznajomiony z jego osobą jak i twórczością. Jeśli ktoś kto nie uświadczył gry Tula na żywo a chce się przekonać o jego talencie niech sięgnie po wydaną stosunkowo niedawno przed Moondallą płytę "Tul - Anarchy", która swoją drogą była dostępna na festiwalu za 25 złotych. Było oryginalnie i interesująco, jednak dużo o jego grze nie napisze, gdyż na mój odbiór muziki brodatego Izraelczyka miała wpływ niemała beka z Mauserem oraz przykry incydent związany ze zgubieniem gdzieś na mainfloorze kluczy od samochodu przez Just Mike'a. Jakoś koło godziny 3 udaliśmy się z Gosią i Mauserem spać do samochodu, podczas gdy przy namiocie czuwał Just Mike, czekając aż się rozjaśni.

Obudziłem się jakoś o godzinie 8. Wyjście z samochodu było konieczne, gdyż okolica zanurzyła się w słonecznym ukropie z nieba. Olejek z odpowiednim filtrem oraz zrzucenie nocnych ciuchów załatwiły sprawę. Przebudziła się także większość obozowiczów, a w żołądkach zaczęło burczeć. Z pomocą przyszedł oczywiście grill. Podczas gdy Mauser i Ower zajęli się grillowymi kiełbaskami, Jagodziani wraz z Paprochem ustawili w środku obozu plandekę, która okazała się być strzałem w dziesiątkę w tak upalny dzień. O to chodziło! Obok zawisła nasza flaga Psytrance.pl z napisem "Kein fullon bitte" wykonana przez Just Mike'a i Sylwię. Na wzgórzu zauważyłem większą niż dzień wcześniej ilość namiotów - to dobrze, przynajmniej w tym roku nie było już takiego moondallowego marazmu jak w zeszłych latach, kiedy to frekwencja nie była najlepsza. Pod koniec Moondalli 2004 oszacowano liczbę uczestników festiwalu na ponad 600 osób, co było dobrym wynikiem. Zgubione wcześniej klucze od samochodu się znalazły - ktoś wypatrzył je i oddał na bramce. Opatrzność w swej nieskończonej mądrości jak zwykle nam sprzyjała...

Ością w gardle była niewątpliwie muzyka, jaka pobrzmiewała na terenie Moondalli od 8 rano. Rozumiem puszczać takie numery podczas prób nagłośnienia, ale podczas trwania festiwalu? Nie tak wyobrażaliśmy sobie poranne dźwięki, wyobrażaliśmy tym bardziej nie tak wyobrażaliśmy sobie festiwalowe dźwięki, kiedy to DJ'e powinni sięgać do swoich kejsów po najlepsze z najlepszych utworów. Dobre to do przepędzania krów z pola, które nota bene chodziły sobie bez skrępowania po terenie przeznaczonym dla namiotów. Nie chwaląc się o niebo lepszą muzykę mieliśmy w samochodzie. W razie ewentualnej powtórki z rozrywki za rok bierzemy do obozu własnego bumboksa. Nic to, ważne że w obozie panowała szampańska atmosfera, pełna nieprzeciętnej beki, błogiego lenistwa i grillowych przysmaków. Sytuacja zmieniła się na lepsze koło południa, kiedy to do zejścia na dół zachęcił nas Holender w osobie DJ'a Ricka. Wzięliśmy leżaki, karimaty i w drogę... Bardzo sympatyczne granie tego młodego DJ'a spotkało się z naszym entuzjazmem i pozwoliło przełamać pierwsze lody jeśli chodzi o taniec. Widząc krzątającego się za dekami Jarka (Nois) wiedzieliśmy, że czeka nas kolejna konfrontacja z dobrą muzyką. O ile wcześniej Moondalla obfitowała muzycznie w wiele słabych momentów, tak teraz czułem w kościach że zwróci nam się to z nawiązką. Nois stanął na wysokości zadania. Z wprawą i lekkością poprowadził lekkiego seta, który obfitował w takie kąski jak moje osobiste faworyty w postaci "Tikal - Sunshine Middle East" i "12 Moons - Flair", czyli fenomenalne parkietowe upliftery. Nie zabrakło ukłonu w stronę plemiennego tańca przy "Sonic Fusion - Tribal Warrior (Live)". Bardzo cieszył mnie fakt, że nie było tu fullonowego przepychu, który uwidocznił się już po grze Noisa. Czysty jak łza mix trwał do czasu usterki technicznej sprzętu, jednak szybko wszystko wróciło do normy. Ja jednak zakończyłem smakowanie dźwięków granych przez Noisa i skierowałem się w stronę obozowego wzgórza, ponieważ dołączył do nas kolejny członek ekipy Psytrance.pl, czyli Liszu wraz ze swoją dziewczyną. Z oddali usłyszałem "Cosmosis & Mumbo Jumbo - Just Say No (The Melodic Mumble)" i zastanawiałem się, czy to gra jeszcze Nois, czy też za sterami stanął Pirania spełniają mojego requesta związanego z jego grą lata temu w sopockiej Pomarańczarni.

Jak dotąd widziałem się wcześniej z całą redakcją Psytrance.pl, w końcu było mi dane zobaczyć też Lisza. Po chwili rozmowy Liszu skierował się w kierunku sklepu celem zakupu Koka Koli :) i paru innych niezbędników, ja zaś ponownie przemierzyłem szmat drogi i oto po chwili znalazłem się na mainfloorze. Za konsoletą stał Robert, znany bardziej jako Pirania. Pirania był niegdyś członkiem gdyńskiej formacji Stropharia Cubensis Community, jednak spory kawał czasu temu postanowił wyjechać do Anglii. W mojej pamięci pozostał jego fantastyczny set z imprezy Tranz Kwasowy (Pomarańczarnia, 01.12.2001), gdzie zaprezentował całą gamę brytyjskich brzmień. Gra Piranii pozostała na wysokim poziomie, jednak z uwagi na to co zaprezentował na Moondalli mogę wywnioskować że zdecydowanie zmienił swoje upodobania, gdyż set obfitował głównie w numery prosto od żabojadów. Przewinęły się "Tikal - Breath (Remix), oraz pozycje z albumów "Sirius Isness - Resolution Of Duality" i "Altom - Groove Control". Ten ostatni, nawiasem mówiąc, przeżywał na Moondalli swój prawdziwy rozkwit.

O godzinie 20 po rozłożeniu niezbędnych Korgów, Rolandów i laptopa wystartował liveact duetu Mox Planet (Zydor plus pan, którego nazwisko w tej chwili mi umknęło). MP byli jedną z oczekiwanych przeze mnie pozycji, głównie z powodu wzmianki o nich w felietonie Elfa oraz chęci zobaczenia występu na żywo. Panowie zaprezentowali lekkie, elektroniczne, przyjemne dla ucha i ciała dźwięki, chociaż z uwagi na ich muzykę ich występ powinien się odbyć w godzinach porannych. Ogólnie jestem bardzo zadowolony, szkoda tylko ze zapomniałem zakupić ich płytę, którą można było kupić podobnie jak album Tula. Na szczęście nic straconego... Rozczarowany? Bynajmniej.

Koło 20tej przeszedłem się na bramkę by z Dragonem powitać Karolinę (i przy okazji wręczyć jej urodzinowy prezent). Mox Planet dawkowali swoje produkcje przez bitą godzinę, po czym za deki wszedł DJ Rough i doładował publikę dobrymi fullonami z Izraela (np. numery grupy Psysex) i Francji (ponownie Altom). Wśród numerów granych przez Rougha pojawiła się dewastująca kompozycja w postaci "Cosma - Nonstop". Jest jakaś osoba na sali, która nie zna tego numeru? Dziękuję... Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie ruszył w tany przy takich numerach. Później, podczas gdy wraz z paroma osobami siedzieliśmy na mainfloorze słuchając gry Rafała i oddając się pogaduchom, z mroku nocy spotęgowanego utworem "Absolum - The Race" wyłoniła się nieznana nam młoda dziewczyna trzymając w rękach kilka kwadratowych pudeł i zapytała czy ktoś chce pizzę? Proszę sobie teraz wyobrazić nasze zaskoczenie. Szybko okazało się, że ktoś z uczestników festiwalu zamówił kilkanaście pizz, po czym nie sfinalizował zamówienia. Na szczęście dziewczyna znalazła innych nabywców, w tym nas. Tak oto do naszych żołądków powędrowały 4 pizze. O godzinie 22 DJ'ka na powrót dostała się w ręce Warszawy. Tym razem tańczący tłum poprowadził Bongo z Hallabanaha crew. Bongo sypał jak z rękawa trackami, które wyznaczały temperaturę wrzenia transowego densfloru. Dobry mix i równie dobre numery to podstawa udanego seta. Ten do udanych z pewnością należał, zresztą co jak co, ale nie spodziewałem się usłyszeć chały od Bongosa. W międzyczasie z Gdańska na łono Moondalli powrócili Ower, Mauser, Dagmara i... siostra Owera, Kaśka, która po raz pierwszy miała zakosztować świata w transowej postaci.

Dziwnym nie jest, że straciłem rozeznanie w tym kto miał zagrać o północy. W tym samym czasie na chilloucie miało miejsce, jak i rok temu, przedstawienie Miervuug Sveerga. Ponieważ prawie że przyrosłem do leżaka opuściłem tenże preformance, na szczęście dość szczegółowe relacje zdali mi moi znajomi, którzy dali się skusić. Po tym co mi opowiedzieli bardzo się cieszyłem, że nie pofatygowałem się pójść na chillout. Na potrzeby swojego kulejącego przedstawienia poruszył pewną kwestię, na którą powinno się spuścić zasłonę milczenia. Z uwagi na brak pomysłów i kompletną improwizorkę cały ten żenujący show można zamknąć w słowach "Zerżnął mnie Jedi!" wypowiedzianych pod koniec. Napisałbym coś jeszcze, ale jak mawiają - nie ma co w gównie rzeźbić. Miervuug: lepiej wracaj do bębna...

1 SIERPNIA 2004 - NIEDZIELA - "Kein fullon, bitte"

Powróćmy ze świata "sztuki dla sztuki" w wykonaniu "ałtystów" na mainfloor. Za dekami Słowacja (Tha albo Miracle, rozpiska grających była tak "świetna", że nie wiem...) Wraz z pierwszymi numerami zaserwowanymi na zimno spodziewałem się mroczna podróż w knieje świadomości. Niestety, DJ zapomniał ze oprócz puszczania numerów trzeba je tez czasem... zmixowac. Nie każdy umie dobrze poprowadzić lub skończyć dobrze zaczęte opowiadanie, które zainicjowali poprzednicy DJ'a. Słowak zagrał między innymi "Neuromotor - Fuck The Dat Mafia Trance", "Digital Talk - Race Trouble" czy też "Parasense vs Ni - A Nam Vse Ravno" znane z ciekawego wykorzystania rosyjskiej przyśpiewki biesiadnej na początku utworu. Chociaż lubię słuchać tego typu numerów w domu przekonałem się także, że takie numery jakie zaprezentował ów grający nie pasują do open-airów. Żenadą okazała się towarzysząca tym ciężkim brzmieniom wizualizacja przedstawiająca syjamskie bliźniaczki. Czyżby znowu przebitki "sztuki"? Potrzebne to było jak fabuła w filmach pornograficznych...

Ciężar grania słowackiego DJ'a odcisnął na mnie niemałe piętno, przez co zrezygnowany wróciłem do obozu, a przecież tak czekałem na grę Elfa. Już z obozu delektowałem się namiastką gry Elfa, słysząc w oddali numery z albumu Blowfisha i wytwórni Twisted Records. Parę razy nastąpiła przerwa w graniu. Siedzieliśmy w parę osób przy ognisku, nad nami wisiał księżyc w pełni, a w oddali widać było mrowie światełek Trójmiasta. Słychać było niemiłosierne granie z chilloutu (numery typu Alien Project i spółka) - dajcie spokój, nie wystarczy że "łupie" na głównej scenie? Po Elfie zagrała także swoista niespodzianka festiwalu, gość z Australii mający na koncie dwa solidne albumy, czyli Mr Peculiar. No szkoda. Spało się dobrze...

Jak się można było tego spodziewać niedzielny poranek również przerodził się w biwakowe lenistwo. Ci, którzy byli dość aktywni w nocy bardzo chwalili sobie setu Elfa i Mr Peculiara, który to zebrał sporo pozytywnych opinii. W powietrzu unosiły się przyjemne dźwięki z setów Epixa i Kwieqa. Po nich zagrał Dudi (Shiva.pl). Dudi zagrał bardzo fajne, żywe i melodyjne numery. W jego płytotece pojawiły się produkcje Borysa Blenna (z płyty "Electric Universe - Cosmic Experience") czy też numer "Eskimo - Party Pooper", którego po prostu musicie wysłuchać ze względu na pewien wykorzystany w nim motyw. Poleciał także jakiś fullonowy numer z wkręconą melodyjką ze znanego nam wszystkim hicioru z lat przedszkolnych, mianowicie "Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda" (nagrały to bodajże legendarne Fasolki), przez co na twarzach większości osób wyskoczyły uśmiechy. Niestety, podczas setu Dudiego okazało się, że nastąpiła kolejna usterka sprzętu, przez co wszystko brzmiało jak nieudana zabawa crossfaderem, niemniej jednak set zaliczam do tych przednich.

Na przekór odkładającemu się cellulitis ponownie udaliśmy się na wyprawę z naszej górki na main. Tam nie obyło się bez podrygów na "parkiecie" oraz... zalegania na leżakach i karimatach, które tak sobie upodobaliśmy. Nacisnąłem mocniej czapkę na głowę nie tyle z powodu palącego słońca, lecz bardziej by ochronić się przed niekontrolowanymi lotami frisbee, które zaczęli sobie rzucać papa Ower i jego rozkoszny synalek Mauser. :) Do gry ochoczo przyłączył się blondwłosy malec, który zwykł wymiatać na moondallowym mainfloorze niezgorzej niż inni. Bardzo sympatyczny widok... W graniach południa za dekami po raz kolejny pojawił się aktor teatru psytransowego absurdu, czyli Elf, ciskając w kierunku mainflooru przyjemne bezkompromisowe numery. Oczywiście grzechem było by nie ruszyć wtedy na transfloor. "Tristan feat. Psyberant - Wait and See" czy "Prometheus - U.R. Beautiful" zrobiły swoje. Stery przejęli Atan i Mantodea, którzy od tej pory grali ping-ponga. Wkrótce stwierdziłem, że jeszcze ani razu nie odwiedziłem chilloutu, więc aby rozruszania kości stało się zadość udałem się wraz z Owerem na chwilę na małą scenę. Tam zabawiłem może z pięć minut, podczas gdy swoje downtempowa kolędy puszczał Wołgas. W tle zobaczyłem znajomy mi sprzęt Dhuny. Mimochodem spytałem jak wypadł zapowiadany wcześniej live act Dhuny, który miał być poparty wokalem Heleny, a o którym na śmierć zapomniałem. Live był, Heleny nie było. Wiecie, co zwykł mówić w takich chwilach Homer Simpson? "D'oh!"...

Koło 15 lub 16 wróciliśmy do obozu. Ogniska już dogasał blask, a my pakowaliśmy manatki i zalegaliśmy pod plandeką. W tle oczywiście pojawiła się szczypta nostalgii i żalu, że to już koniec. Pamiątkowe zdjęcia grupowe, pożegnania, część osób została jeszcze do poniedziałku, jednak ja i parę osób wyjechaliśmy wieczorem ok. 20... Aż trudno było uwierzyć, że to wszystko tak szybko się skończyło.

Dziękuję wszystkim za udany festiwal (tym razem Moondalla naprawdę zasłużyła sobie na to miano). Pozdrawiam wszystkich których już znałem, pozdrawiam tych których poznałem, no i - last but not least - pozdrawiam tych których nie dane mi było poznać, ale miejmy nadzieję co się odwlecze to nie uciecze... Fajnie się z Wami imprezowało. Takiej atmosfery, jaka była na Moondalli, a już tym bardziej w naszym obozie, próżno szukać gdzie indziej, przynajmniej w Polsce. Klimat, ludzie i muzyka poprzednich przedsięwzięć spod znaku Moondalli były oczywiście przednie, jednak z ilością ludzi nie było najlepiej. Poza zawsze chwiejną i kapryśną pogodą, słaba frekwencja to zabójca tych imprez. Tym razem było inaczej, pojawiła się większa grupa fanów transowych brzmień, co rokuje dobrze na przyszłość. Cieszy mnie fakt, że na festiwalu pojawiła się cała redakcja Psytrance.pl, co uważam za naprawdę spory sukces. Zobaczyłem w końcu osoby, które jak dotąd znałem tylko z Internetu lub na co dzień migały mi jedynie jako słoneczka na znanym wszystkim komunikatorze. Nowa miejscówka festiwalu spisała się dobrze. Piękna okolica, bliskość sklepu i zbiorników wodnych z pewnością były na plus. Niestety tak spora przestrzeń wpłynęła ujemnie na chillout, do którego mało kto przychodził (odstręczały głównie piesze wycieczki w to miejsce), oraz na relacje między uczestnikami Moondalli - wiele osób się po prostu nie spotkało. Muzycznie mogło być o niebo lepiej, tu i ówdzie wkradło się sporo nudy. Zabrakło też starych dobrych numerów, które, mimo upływu lat, wciąż dają radość. Czyżby wszyscy jak jeden mąż odwrócili się od staroszkolnego grania? W lineupie przydaliby się niewątpliwie Kxn i Schwarz, ja i parę innych osób zachodzimy w głowę dlaczego nie figurowali w składzie grających. A propos składu, szkoda że nie pojawiły się zapowiadane wcześniej występy Finów (Shamaniac Live Act, Phanatic i Poliisi) i trójmiejskiego Navigator-Etno Live. Na szczęście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i pojawiły się takie postacie jak Mr Peculiar, którego wszyscy bardzo pochwalili. Szkoda tylko, że w lineupie panował taki galimatias. Cóż, w zaistniałych okolicznościach - siła wyższa. Niemniej jednak oklaski są obowiązkowe. Podobnie jak jej poprzednie edycje, tak i ta Moondalla na stałe zapisała się w mojej pamięci. Trochę wad, dużo zalet; w końcu coś się ruszyło. Nie śmiem nawet wątpić, że kolejne tego typu wydarzenia zaskoczą nas jeszcze nie raz. Moondalla 2004? Jestem na tak. Moondalla 2005? Jestem za!

Templar