Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

29.07.2005 - toga dansverg - moondalla 4 (Templar)


Kto: Toga Dansverg
Miejsce: Ulkowy koło Gdańska
Data: 29-31.06.2005

Jest taki czas raz do roku, kiedy kilku artystów spoza kraju, cała plejada barwnych postaci tworzących naszą rodzimą scenę z Togą Dansverg na czele oraz rzesza miłośników transowej muzyki spotykają się na wspólnym gruncie. Raz, dwa, trzy... cztery! Tak, tak, za nami już czwarta edycja festiwalu Moondalla. Tym razem wśród nazwisk figurowały między innymi takie zagraniczne tuzy jak Sensient, współzałożyciel wytwórni Zenon Records, Tul (Tribal Records) czy Mr Peculiar, który wydał całkiem niedawno swój trzeci album. Swoje pięć minut miały mieć również polskie projekty jak Tracer, Z-Piorunochron i Mantodea. Z pewnością było na co czekać. Napięcie wywołane festiwalem z miesiąca na miesiąc sięgało zenitu (co widać było chociażby po żywym zainteresowaniu Moondallą na forum) i ani się nie obejrzeliśmy jak nastał dzień wyjazdu. Byłem jak dotąd na wszystkich trzech edycjach festiwalu i wiedziałem, że zawód nie wchodzi w grę. Czy aby na pewno?

Niektórzy zdążyli już przywyknąć do moich relacji z festiwali, gdzie całość opisuję szczegółowo dzień po dniu. Tym razem postanowiłem zmienić nieco konwencję i bardziej wypunktować moje odczucia i spostrzeżenia odnośnie Moondalli 4, tym bardziej, że Moondalla 2005 w moim wykonaniu była bardziej obozowo-grillowo-towarzyska (czego oczywiście nie żałuję ;)).

Zacznę oczywiście od meritum sprawy, jaką jest muzyka. Muzycznie było różnie... Momentami było fantastycznie, momentami brakowało finezji i polotu. Zaczęło się od istnej żenady. Miało być intro autorstwa Atana i Mantodei, tymczasem z głośników dobywała się jakaś niestrawna muzyka, mająca niezbyt wiele wspólnego z konwencją festiwalu. Trochę jak w starym dowcipie: zaprosili na szampana i owoce, a podali wódkę i kiszone ogórki. To drugie oczywiście też ma swój urok, ale... Mało kto ukrywał wtedy swoje niezadowolenie z tego faktu, tym bardziej, że jeśli start mamy taki zły, to czego można spodziewać się dalej? Na szczęście oficjalne otwarcie festiwalu pokazało klasę festiwalu i jego autora. Old-timer polskiej sceny muzyki elektronicznej, Władysław Komendarek, zaprezentował bardzo dobre, bogate kompozycje, w których łatwo było wyczuć ducha muzyki sprzed lat. Elektroniczne brzmienia Komendarka są z całą pewnością jednym z moich faworytów Mooondalli 2005. To było coś innego. Całości dopełniły bogate wizualizacje, dym i zielone lasery oraz naturalne wizualizacje w postaci pięknego nieba pełnego gwiazd. Zaprawdę powiadam Wam, dla takich chwil rzeczywiście warto żyć... Pozytywnie zaskoczył mnie również jeden z gwoździ programu, Sensient, głowa Zenon Records. Chociaż na codzień gustuję w innych dźwiękach, to trafiła do mnie wizja transu tego człowieka. Prosty rytm kreował moondallową grę wstępną. Umiejętnie budowany klimat i precyzyjne sample przemawiały do mnie... Nie wypowiem się jednak o grających w nocy, jako że uznałem iż wolę imprezować w dzień, zwłaszcza, że teren nocą stawał się wyjątkowo nieprzyjazny, szczególnie dla kogoś kto stacjonował na górze. W sobotę nastąpiło nieprzewidziane opóźnienie w line upie - przerwa w graniu. Muzyka ruszyła dopiero koło południa. Mile w sytuację i porę dnia wpasował się Epix ze swoimi progresywnymi transami, dobrze zagrał również Rough. Dobrze wspominam również sety DJów z Hallabanaha, którzy zgrali w sobotę wieczorem. Powołaniem ich setów były oczywiście szaleństwa na dancefloorze. Bongowi i Mabeatowi udało się skutecznie ruszyć publikę. Po ich setach udałem się spać. Niedziela była dość chybiona pod kątem muzyki. Przebudziłem się nad ranem, zły że zaczęło padać, co uniemożliwiło mi pełne delektowanie się lajwaktem Tracera (btw. dobra muzyka). Grający rano Martyzan, którego znam z bardzo dobrych setów, miał świetne numery, ale chyba wyjątkowo zły dzień jeśli chodzi o technikę. Po nim grał Elf. Osobiście uważam, że były to jedne z lepszych momentów tego festiwalu, gdyż Bartosz sięgnął po naprawdę dobre kawałki. Były to nowe pozycje z Twisted Records ("Unusual Suspects 2") i TIP World ("Imagi:Nations" 1 i 2), jak i kilka kultowych staroci, jak chociażby singiel Psychopoda (ach, jaka ta muzyka była kiedyś psychedeliczna i bogata aranżacyjnie). Szkoda tylko, że podał to w większości byle jak (nieudolne zabawy suwakami na mikserze czy też zwykłe puszczanie numerów jeden po drugim bez żadnego mixu). Jego następca, Searcher, był ewidentnym przykładem na to, że nie do końca przyłożono się do konstruowania line upu. Na jego set składały się produkcje takich projektów jak Parasense czy Para Halu. Osobom zaznajomionym z tymi nazwami nie muszę chyba nic więcej mówić, jeśli chodzi o laików to śpieszę powiadomić, że numery te powinny być oznaczone jako dozwolone od godziny 23. Takiej muzyki nie powinno puszczać się w dzień, w południe, przy pulsującym słońcu na nieboskłonie! Czy Searcherowi aż tak brak wyobraźni? Kompletna wtopa na rozpisce grających. Skoro już jestem przy tym temacie, na Moondalli zabrakło starych ale jarych numerów. Praktycznie wszyscy jak jeden mąż odsunęli się od tego co naprawdę dobre... wielka szkoda. Brakowało mi takich osób jak Delix i Neelaya za sterami głównej sceny, by zaprezentowali naprawdę psychodeliczną i klimatyczną muzykę. Może następnym razem organizatorzy poważnie się zastanowią nad nickami spoza kraju, a bliżej przyjrzą się rodzimym DJom. Wracając do sedna sprawy, honor głównej sceny po chybionym secie Searchera uratował Tretek. Tretek zaserwował naprawdę porządny materiał muzyczny, na który składały się głębokie, progresywne numery, idealnie pasujące do pory dnia i klimatu. Dźwięki Etnoscope jak zwykle zdały egzamin. Brawo! Szkoda, że musiałem już jechać...

Organizacja i dekoracje... Tutaj ponownie było różnie. Ogólnie organizacja dała radę, choć tu i ówdzie trafiły się niedociągnięcia. Jeśli chodzi o główną scenę, to naprawdę wielkim plusem były ekrany z wizualizacjami oraz lasery, które dawały całości niesamowitego kopa. Wszystko to wyglądało bardzo profesjonalnie, dając naszym zmysłom niezłą pożywkę. Z dekoracjami było już gorzej, wszystko prezentowało się skromniej aniżeli rok wcześniej. Jeśli chodzi o scenę alternatywną / chillout, to przyznam się bez bicia że nie byłem tam ani razu, czego bardzo żałuję, gdyż z opowieści ludzi czy też po oględzinach fotek mogę wnioskować, że przepadło mi coś naprawdę przyjemnego. No cóż, mogę tylko pogratulować ekipie Jagodzianych, a mając w pamięci ich wcześniejsze dokonania wierzę, że było przyzwoicie. Na samej Moondalli miała być ponoć jeszcze jedna scena, zresztą na wzgórzu rozciągnięto nawet taśmę zabezpieczającą. Ostatecznie żadnej nowej sceny nie było...

Ludzie... Nie da się jednak ukryć, że z każdą kolejną odsłoną festiwalu frekwencja ludzi jest coraz wyższa. Tak było i tym razem. W sobotę wieczorem liczba uczestników Moondalli sięgnęła blisko 1300. Dla wielu osób była to pierwsza Moondalla. Jestem bardzo zadowolony z faktu, że na festiwalu pojawiło się m.in. wiele znanych mi na codzień osób, jak i sporo forumowiczy z Psytrance.pl. Z niektórymi udało mi się spędzić sporo czasu, niektórych poznałem dopiero przed samym wyjazdem, innych poznałem dopiero na afterze na plaży. Oczywiście korzystając z okazji z miejsca pozdrawiam wszystkich. Ludzie byli najróżniejsi, w większości były to sami znajomi i przyjazne dusze, jednak znaleźli się też tacy, którzy pod względem zachowania na festiwalu znajdowali się na przeciwnie położonym biegunie, prezentując ciemną stronę mocy...

Ach ci ludzie... Pojawił się oczywiście odwieczny problem śmieci. Momentami załamywałem ręce i z obrzydzeniem patrzałem na teren festiwalu, zwłaszcza na główną scenę, gdzie było aż pstrokato nie tyle od ludzi czy dekoracji, co od śmieci. Apeluję teraz do śmiecących: ludzie, ogarnijcie się trochę! Tak ciężko jest wziąć worek z bramki, aby wyrzucać do niego odpady? Tak ciężko podejść parę kroków i wrzucić śmieci do worka, zamiast rzucić pod siebie i jeszcze wdeptać w mainfloorowy grunt czy teren obozu? Szkoda, że nie wszyscy wynieśli odpowiednie nawyki z domu...

I znowu ludzie... Pisząc o Moondalli z indeksem 4 trudno nie wspomnieć o tragedii, jaka wydarzyła się na terenie festiwalu. Mowa tu oczywiście o żonie sołtysa, która utonęła w stawie nieopodal głównej sceny. Paradoksalnie, nie przytrafiło się to nikomu z właściwych uczestników festiwalu. Śmierć nigdy nie jest łatwym tematem, a że wiele słów na ten temat już powiedziano i napisano, nie będę się specjalnie nad tym rozwodził. Kiedy widziałem zwijaną dekorację w głowie pojawił się czarny scenariusz. Czyżby koniec festiwalu? Na szczęście był to fałszywy alarm, niemniej jednak zastanawiałem się co by było, gdyby moje czarne myśli się sprawdziły. Z pewnością szkoda byłoby mi organizatorów ze względu na to ile wysiłku, czasu i pieniędzy włożyli w przygotowanie całego festiwalu, jednak jeszcze bardziej szkoda by mi było uczestników festiwalu, głównie tych debiutujących, tych którzy przejechali setki kilometrów. Jakiż zawód musiałby ich spotkać, gdyby po tych niespełna kilkunastu godzinach zabawy musieli zawrócić do domu... Koniec końców, bo pewnym czasie stagnacji, marazmu i konsternacji Moondalla ruszyła dalej, chociaż osobiście nie potrafiłem się już wstrzelić w zabawowy nastrój i tak oto, mimo wcześniejszych chęci, przywarłem do obozu aż do niedzielnego wyjazdu. Przyznam, że oszczędzałem się z czysto dancefloorowym aspektem festiwalu, jak i poznawaniem nowych osób na sobotę, jednak po śmierci sołtysowej i całym sobotnim zamieszaniu nieco "zeszła mi para"...

Cóż, moje oczekiwania zostały nieco zabite przez realia. Moondalla 2005 wywołuje we mnie dość mieszane uczucia. Z jednej strony było naprawdę fantastycznie, głównie pod względem klimatu i towarzystwa, z drugiej strony mamy braki w organizacji, średnią oprawę muzyczną, pewne zachowania ludzi (śmieci, buractwo...), jak i wiadomą tragedię. Wiadomo jednak, że nawet najlepszym seriom, czy to filmowym, książkowym, muzycznym czy w końcu festiwalowym przytrafia się w końcu pewne zmęczenie materiału. Festiwal mógł być z pewnością o wiele lepszy, choć i tak był dobry. Niestety z oceną bardzo dobrą czy celującą będę musiał chyba poczekać do następnego lata. Wierzę, że czekają mnie kolejne niezapomniane chwile w jeszcze lepszym wydaniu. W końcu to Moondalla.

Templar