Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

26.04.2003 - toga dansverg - darma


Kto: Toga Dansverg
Miejsce: klub GGOG, Gdańsk
Data: 26.04.2003

Cykl imprezowy dla naszego zacnego grona zaczął się wyśmienicie. Najpierw urodziny Rougha w GGOG, później przyjemny dwudniowy melanż u Blantifki, a następnie bifor party zorganizowane na zaspiańskim Molo celem uczczenia urodzin kolegów Dragona i Eclipta oraz koleżanki FuckTycznie w miłej jagodowo-sajtrensowo-dragstorowej ekipie wraz z krewnymi i znajomymi królika w asyście przeróżnych specyfików. Koniec końców, dotarliśmy szczęśliwie pod bramy GGOG. Na samym wstępie należy zaznaczyć, że impreza ta nie była tym razem wolna od wad. Ale po kolei...

Chyba najlepszy w tych wszystkich imprezach jest moment, kiedy impreza ma się jeszcze zacząć i jest wtedy czas na rozejrzenie się po klubie i drobne pogawędki z przybyłymi znajomymi. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to wymiana standartowych dekoracji autorstwa Neila na dzieła spod ręki gościa z Niemiec, czyli Yanzana. Wśród znanych już dekoracji autorstwa przybysza z Hamburga pojawiły się nowe kosmiczne pejzaże, czy też płótna będące psychodelicznym hołdem dla kobiecego ciała - pierwsza klasa i oba kciuki wysoko w górę. Wśród dekoracji znalazł się oczywiście ulubieniec wielu, czyli przepiękna futurystycznego szczegółowa wizja futurystycznego miasta, która znalazła swoje miejsce na jednej ze ścian chillout. Środek mainflooru zdobiła trójkątna trójwymiarowa figura ze świecących w ultrafiolecie nitek. Pierwsze dźwięki zapodał Yanzan, oszczędnie i bardzo leniwie, później zmienił go szybko DJ Atan. Początkowa gra Atana wywołała u wielu osób opad szczęk aż do samej ziemi, w niektórych wypadkach nawet niżej. Na dekach pojawiły się EP'ki z typowo fullonowymi bezpardonowymi numerami, czyli "1200 Mics - The Sixth Revelation", "Talamasca - The Fifth Revelation", "Hallucinogen - Gamma Goblins (GMS Rmx)" i "Younger Brother - The Finger (GMS Rmx)", przez co raz nawet zerkaliśmy czy to aby na pewno Atan gra. Rewelacja pod względem czystego parkietowego szaleństwa, wokoło liczne i szerokie uśmiechy. Mimo to ta innowacja we wprowadzeniu takich a nie innych numerów prawie na początku imprezy przypominała nieco film pełen chaotycznych scen. Misterne budowanie klimatu gęstniejącego z numeru na numer odstawiono tym razem do lamusa. Później Daniel zaprzestał fullonowych batalii na rzecz utworu "X-Dream - The Frog". Niestety, coraz trudniej było rozpostrzeć skrzydła, a problemem byli gromadzący się zbyt licznie...

... ludzie... Wpuszczono stanowczo za dużo osób jak na możliwości powierzchniowe tego klubu, przez co miejsce do swobodnego tańca było na wagę złota, a słupek na termometrze skakał coraz wyżej. Przedzieranie się przez tłumy było nie lada wyzwaniem, a taniec w takim skupisku kończył się nierzadko otrzymaniem ciosu łokciem przez jakiegoś błędnego rycerza, ujmując naćpanych jegomościów ładnym eufemizmem. Jak nigdy wcześniej uwidocznił się efekt "pływających ścian" przez brak klimatyzacji... strach pomyśleć co to będzie w dni cieplejsze i z jeszcze większą publiką na parkiecie (o ile to jeszcze jest możliwe). Zniechęceni przepychaniem się na mainfloorze udaliśmy się na chillout by tam przeczekać ten napływ ludzi.

Na chilloucie również widoczna była walka o przetrwanie. Niemal każda wolna przestrzeń w mig zajmowana była przez kolejnych imprezowiczów. Kto już raz utknął w tym miejscu zostawał tu na długo - i to nie z powodu przyjemnego klimatu, a bardziej tłoku i braku przejścia. Zwykle chillout był jak smaczne ciasto z bakaliami, tym razem ktoś te bakalie powyjadał. Nieobecność Asphodela odbiła się znacznie na jakości muzyki puszczanej na chilloucie. W tym miesiącu salą spokoju zawładnęli: stary wyjadacz Wołgas oraz świeża krew w osobie Rafique'a - technicznie nic do zarzucenia, muzycznie b. kiepsko. Muzyce puszczanej przez Rafika brakowało polotu, charakteru, a przede wszystkim szczypty fantazji, do naszych uszu docierały jedynie dźwięki pozbawione kolorystyki i psychedelii, którymi powinny odznaczać się te imprezy. Za dużo nużących clicków plus coś, co z powodzeniem określić możemy jako "chillujące house'y", a po konsultacji ze specjalistą deep house'ami (trzeba było widzieć plastikową panienkę pląsającą przy tej muzyce). Lecz gdzie się podziały smaczne sajkodeliki, by zaspokoić bardzo wrażliwe i głodne dusze? Rafika zmienił koło godziny 3 Wołgas, jednak i on zawiódł, a wiemy nie od dziś, że stać go na pewno na wiele więcej. Plus dla obu panów należy się jednak za kilka ciekawych dubowych klimatów na przełomie godziny czwartej i piątej. Podsumowując dokonania na małej sali: oaza spokoju wprowadziła nas jedynie w stan niepokoju... Przytłoczeni klimatem chilloutu ruszyliśmy ponownie na mainflooru z nadzieją, że zastaniemy tam więcej miejsca niż poprzednio. Grać akurat kończył DJ Rough zapodając jako ostatni utwór "Hallucinogen - Gamma Goblins", który natychmiast przywrócił chęć do zabawy. Rafała zmienił Atan wplatając w swój set bardziej luźne numery ocierające się o Goa. Szczytowym momentem setu były chwile, kiedy z głośników poleciał soniczny orgazm w postaci utworu "Hallucinogen - LSD" (bardzo miła żonglerka Atana winylem na początku utworu) oraz szamański "Sonic Fusion - Xxtatikk Ritual". Obserwowanie ludzi przy ostatnim z tych dwóch numerów numerze to czysta przyjemność. Po pewnym czasie za djejką pojawił się ponownie Yanzana. W głowach wciąż mieliśmy reminiscencje jego cudownej gry na festiwalu Moondalla, jednak set Yanzana na Darmie z całą pewnością nie był kluczem do dobrej zabawy, wręcz na odwrót... Dokoła rozległo się miarowe "pum pum pum" plus oszczędne sample co jakiś czas, sugerujące jeszcze jakieś połączenie ze światem psychedelic (sic!) trance. Eksploatacja minimalnej do bólu polityki uprawianej przez tego pana dała się tańczącym we znaki i parkiet zaczął się momentalnie przerzedzać, a ci, którzy na nim zostali albo dostosowali się do dźwięków granych przez niemieckiego DJ'a, albo stanęli w bezruchu nieco zdezorientowani. Godzina 6:30 - pożegnania ze znajomymi, kierunek - wrota GGOG i dom. Jako ukoronowanie tej niezbyt ciekawej imprezy na zewnątrz czekała nas nieprzyjemna niespodzianka w postaci obfitego deszczu.

"A miało być tak pięknie...". Po słabej Darmie przyszło tylko czekać na poprawę sytuacji i zbliżające się wielkimi krokami letnie open-airowe eskapady w świat transu. Osoby, które pierwszy raz zagościły na Todze były pewnie zadowolone, jednak regularni miłośnicy tych spotkań, którzy jak zwykle nastawieni byli na najwyższej klasy imprezę, wyszli srodze zawiedzeni. Miejmy nadzieję, że kolejna impreza w klubie GGOG spod znaku Togi okaże się lepsza i nie będzie już taką masówką, a i muzycznie będzie o wiele lepiej niż było teraz. Jak na razie kwietniowy egzamin z transów został oblany, z możliwością poprawki w następny miesiąc.

PS. Jeszcze raz składamy moc urodzinowych życzeń dla Rougha, Dragona, Eclipta no i FuckTycznie.

Templar