Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

24.06.2006 - open air 3


Miejsce: Kąpielisko Ochla
Data: 24-25.06.2006

Z powodu pracy oraz trwającej sesji mój wyjazd na Open Air 3 stał pod znakiem zapytania niemalże do samego końca. Dopiero na tydzień przed datą rozpoczęcia imprezy mogłem potwierdzić swój przyjazd do Zielonej Góry, do której to wybierałem się już od ponad roku. Zawsze coś stawało na drodze by zagrać w Zielonej Górze, jednak tym razem się udało i mogłem wybrać się w podróż na jedno z największych (jeśli nie największe) wydarzenie imprezowe na otwartej przestrzeni w województwie lubuskim. Impreza zapowiadała się bardzo ciekawie. 6 scen na których miało zagrać ponad 100 DJów z kraju i zagranicy. Dodatkowym atutem Open Air 3 była jego miejscówka - kąpielisko miejskie w Ochli (2 km od Zielonej Góry). Sześć scen sprawiało, że na imprezie mogli pojawić się fanatycy różnych gatunków muzycznych od hip hopu, reggae przez techno, na naszym psytrance kończąc. Ja miałem już okazję być dwa razy na tego typu imprezach, tyle że odbywały się one w Czechach. Pierwszy z nich to Summer Of Love, na którym miałem okazję być w 2002 roku oraz Cartuv Mlyn w 2005 roku. Pierwsza z tych imprez miała podobną ilość scen jak Open Air 3, przy czym nie było sceny psytransowej, podczas gdy na Cartuv Mlyn sceny były trzy (psytrance, reggae, techno). Obie imprezy wspominam bardzo miło i z takim samym nastawieniem podchodziłem do Open Air 3.

Podróż do Zielonej Góry zleciała w miarę szybko, tyle że z lekkim stresem spowodowanym naszymi kolejami. Otóż z Katowic do Zielonej Góry musiałem jechać trzema pociągami. Z Katowic planowo wyjechać miałem o 13:54, jednak już na starcie pociąg miał 15 minut spóźnienia i martwiło mnie to bardzo, bowiem czas przesiadki we Wrocławiu na pociąg do Głogowa wynosił 14 minut - czyli już na początku byłem o jedną minutę do tyłu. Konduktor poinformował, że w razie czego poprosi by odjazd pociągu do Głogowa został wstrzymany. Na szczęście nie było to potrzebne, bowiem maszynista nadgonił stracone minuty i do Wrocławia przyjechałem tylko z 6 minutowym opóźnieniem. Siedząc już w pociągu do Głowowa zadzwoniłem do Zielono Mi, by poinformować go o tym, że niestety pociąg się zepsuł i nie dam rady dojechać do Zielonej Góry, oczywiście po chwili poinformowałem go, że to tylko żart, jednak jakież było moje zdziwienie, gdy przed stacją Chełmek Wołowski z pociągu zaczął wydobywać się dym! No to wykrakałem, na szczęście nie było to chyba nic poważnego, bowiem do Głogowa, a później do Zielonej Góry, dojechałem tym samym składem bez problemów. Przy czym do Głogowa pociąg przyjechał z dwudziesto minutowym opóźnieniem. Na dworcu odebrali mnie Agata, Zielono Mi oraz Bubblegum, po szybkich zakupach udaliśmy się na miejsce imprezy. Spodobało mi się już na starcie, na polance były rozłożone namioty, a przy scenach ludzie już zaczynali tupotać. Po przywitaniu się ze wszystkimi znanymi i nieznanymi osobami udałem się podróż po terenie Open Air 3. Najbliżej ulokowanymi naszej sceny była scena breakowa oraz minimalowa, jednak te sceny akurat nie bardzo mnie interesowały, więc udałem się kilka kroków dalej, by na dłużej zatrzymać się przy scenie reggae, gdzie DJe i MC zapodawali jamajskie rytmy. Kawałki były bardzo znane, więc troszeczkę się powyginałem. Wprawdzie nie znam się na tym gatunku i stylu muzyki / rymowania, ale jak dla mnie widoczna była przepaść pomiędzy panami z mikrofonami, których miałem okazję usłyszeć. Jeden z nich był niemalże niesłyszalny, a co jak co, ale głos u MC powinien być idealny, ewentualnie sprzęt dobrze ustawiony, a u tego MC efekt był taki, że dźwięk się zlewał z głosem przez co nie było efektu. W późniejszym czasie, gdy ponownie zawitałem na scenę reggae, za mikrofonem stał już inny MC i to już była klasa. Dobry głos, ciekawe teksty i nakładane efekty na jego głos naprawdę robiły dobre wrażenie, a to powodowało, że zabawa była jeszcze lepsza. W swych podróżach zahaczyłem jeszcze o scenę główną, która zlokalizowana była na plaży przy zbiorniku wodnym, bardziej przypominającym zbiornik przeciw pożarowy niż basen - jak zwał tak zwał. Pod tą sceną byłem także kilka razy i niestety, co jak co, ale jak dla mnie to szału tam nie było. DJe grali clicki i house (podkreślam, że w momencie gdy ja tam byłem) a co jak co, ale na otwartej przestrzeni trzeba grać żywiołowo, by z tej przestrzeni korzystać. To tyle odnośnie scen na Open Air 3, jak sami widzicie było ich tylko pięć z zapowiadanych sześciu, jednak przedstawiciele jednego z gatunków chcieli podobno ciut więcej pieniędzy za swój występ - więc im podziękowano, podobno mieli się pojawić w niedzielę. Odnośnie organizacji to nie można mieć większych zastrzeżeń. Ochrona sprawdzała, czy uczestnicy posiadają opaski na dłoniach, można było skorzystać z pryszniców i toalet, na terenie imprezy były też dwa lub trzy sklepy w których można było zaopatrzyć się w napoje i jedzenie - ceny były przystępne, a nie wywindowane przez właścicieli z powodu imprezy. Miłą niespodzianką było to, że osoby grające na imprezie + osoby im towarzyszące miały zapewniony darmowy posiłek w postaci kiełbasek - ilość nieograniczona. Wprawdzie jako smakosz mogłem się doczepić braku musztardy, jednak im impreza dłużej trwała tym organizacja się polepszała, bowiem najpierw pojawił się ketchup, a nad ranem jakże upragniona przez mnie musztarda.

Pora jednak wrócić na naszą scenkę za udekorowanie której odpowiadała ekipa CVC Project przy wsparciu mieleckiego Syndrommu. Scenka jak na swe możliwości wyglądała dobrze, a brak większej ilości dekosów w jej obrębie i tak nie był widoczny, zresztą do dyspozycji była tylko jedna UVka. Nagłośnienie... heh, coś mi się zdaje, że nagłośnienie na naszej scenie było najgorsze. Już nie chodzi o to, że przez pewien okres co jakiś czas na 1-2 sekundy się wyłączało, ale o jakość brzmienia. Na innych scenach tak nie "pierdziało". Playery i mikser - o tym magicznym sprzęcie zbyt długo nie będę pisał, za jego "rekomendację" wystarczy to, że funkcję cue opanowałem po czwartym utworze! Pitcher niedokładny, płyty przeskakiwały... jednym słowem tragedia. Informacja dla osób które zamierzają kupić sobie CD playery - strzeżcie się marki XXL. Miałem okazję grać już na kilku mikserach marki Beringher, ale ten który został nam udostępniony był najgorszy z nich wszystkich - grało się na nim tak jak na moim świętej pamięci mikserze DJ 7. Szkoda, że sprzętowo zostaliśmy tak okrutnie potraktowani. Choć organizatorzy zapewniali, że playery będą Pioniera, to skończyło się na XXL. A wystarczyło powiedzieć, to przecież załatwiłoby się coś lepszego. Z minusów organizacyjnych dodam jeszcze leżący na ziemi kabel, który przecinał miejsce zabawy prawie na dwie równe części... hmm, już pal licho, że mógł się o niego ktoś potknąć, ale w razie uszkodzenia izolacji mógł przecież porazić nas prąd - a wystarczyło na 15 minut wziąć łopatę i odpowiednio zakopać go w ziemi. Nie wiem czy te słowa należy kierować do organizatorów, czy do osób odpowiedzialnych za scenę - ale następnym razem radzę wam tak zrobić.

Pora jednak przejść do tego co najpiękniejsze czyli muzyki i zabawy, a jeśli chodzi o ten aspekt sceny psytrance na Open Air 3 to nie można mieć żądnych uwag. Każdy z grających zaprezentował różne odmiany psytrance. Gdy pojawiłem się na miejscu, swego seta kończył Nomatrixx, więc niestety o tym co grał nie powiem zbyt wiele, a szkoda, bo sety Nomatrixxa zawsze mną nieźle ruszały. Po Nomie za super playerami stanął Peyote, który miał chyba największego pecha ze wszystkich grających - nie dość, że CD playery pokazywały swe "zalety" to co chwilę nawalało nagłośnienie. Na szczęście ta usterka została po jakimś czasie naprawiona i już do końca imprezy awarie się zdarzały. Peyote zagrał tak jak nas ostatnimi czasy przyzwyczaił, czyli dobry progressive, który powolutku ściągał ludzi ku naszej scenie i zapraszał do zabawy. O północy swój materiał zagrali Tracer i Extreme Discotheque. Śmiało można powiedzieć, że końcówka ich występu to był chyba największy szał podczas całego Open Air 3. Panowie zaczęli lekko, tak by klimat setu Peyota nie został zniszczony, ale z utworu na utwór rozkręcali się tak by końcówka była już mroczno-kwaśna - już nie trzeba wspominać jak nam to dobrze robiło. Gdy podczas ich występu fire show zaprezentowała ekipa CVC Project, to połowa osób, które postanowiły odwiedzić Open Air 3, była przy naszej scenie - tak, wówczas był szał.

Jak już wspominam o ludziach bawiących się na OA 3, to muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony! Pomimo braku selekcji i innych podobnych akcji na imprezie nie widziałem bardzo nietrzeźwych ludzi, lub też osób, które chciałyby popsuć zabawę innym. Pewnie że byli panowie w dresach, oraz gimnazjaliści, dla których był to pierwszy dzień wakacji. Na szczęście wszyscy przybyli na OA 3 tylko w celu dobrej zabawy. Warto jeszcze wspomnieć o wielu pozytywnych osobach na scenie reggae. O godzine 2:00 za CD pojawił się Prox, który miał zagrać z winyli, ale jak się okazało nie zagrał. Więc po co te gramofony na stole? Tylko miejsce zabierały, ale mniejsza z tym... Prox już na starcie swego seta dowalił ostrym fullonem i tak było do końca. Mnie te fullony troszkę wystraszyły, ale ogólnie źle nie było - ludzie się bawili a to się najbardziej liczy. W międzyczasie rozpocząłem naukę wywijania poikami. Po kilku próbach nauczyłem się trzech motywów i dałem sobie z tym spokój, bowiem nieźle się przy tym bawiłem, jednak troszkę się poobijałem - muszę przyznać, że to bardzo wciąga.

Teraz dostanie się troszkę osobie odpowiedzialnej za naszą scenkę, ale obiecałem mu to. W line upie który widniał w Internecie miałem grać o 1:00, tak więc przygotowałem sobie secik pod tą godzinę. Gdy przyjechałem do Zielonej Góry na dzień dobry dowiedziałem się, że gram o 5:00. Troszkę marudziłem z tego powodu :), lecz w głowie już zaczynałem szukać płyt na tą godzinę... wybiła 3:00 i zacząłem grać. Troszkę to pozawijane, ale panowie organizatorzy - żeby mi to było ostatni raz. Po dobrych setach na dwóch poprzednich imprezach w Zielonej Górze pragnąłem udowodnić sobie, że jednak jest coraz lepiej, niestety sprzęt mi na to nie pozwolił i z tego setu, który miał być piękny, wyszło to co wyszło, jednak ocenę pozostawiam tym którzy się bawili. O 5 grać rozpoczął Kodda, który wymieszał goa i psychedelic. Podczas seciku Koddy zauważyłem, że na miejscu imprezy jest coraz mniej osób, co bardzo mnie zaskoczyło, tym bardziej, że impreza miała trwać do późnych godzin nocnych z niedzieli na poniedziałek. W międzyczasie kolega Bubblegum był tak miły, że dwa razy skoczył mi po kiełbaski - za co bardzo pragnę mu podziękować, dodatkowo uspokajałem go przed setem, bo chłopak cały czas przejmował się tym jak działa cue. Na te jego wieczne pytanie "jak działa cue?" zawsze odpowiadałem tak samo: "synek dobrze zagrosz". I tak właśnie było. Od 7 do 9 Bubblegum, chłopak który jeszcze kilka lat temu grał utwory System F itp, zagrał świetnego seta, który nie pozwolił mi na odpoczynek, choć już leżałem na kocyku w celu lekkiej drzemki. Bubblegum co chwile zapodawał takie kawałki, że nie pozostało nic innego jak tylko wstać, zwinąć kocyk i bawić się z resztą ekipy. I właśnie w tych porannych godzinach ukazała się nasza moc i jedność. Gdy inne sceny już dogorywały, DJe grali sami dla siebie, lub co gorsza już nic nie leciało, na naszej scence zabawa miała się w najlepsze. Słońce, taniec, muzyka, uśmiechy - czegoż chcieć więcej? A gdy do tego doszła wizyta w basenie to już totalnie odleciałem. Od 9:00 wystąpił Tracer (tym razem z setem), który niestety nie pograł zbyt długo, pomimo tego, że ciągle się bawiliśmy. Przyszedł organizator i prosił powolutku kończyć. I to jest chyba największy minus OA 3. Impreza która miała kończyć się z niedzieli na poniedziałek, zakończyła się w niedzielę o 10:00 . Tragedia tym bardziej, że byliśmy jeszcze pełni energii, co udowodniliśmy - ale o tym później. Tutaj należy zadać pytanie: kto jest winien takiej sytuacji? Organizator? Ludzie? Właściciel terenu? Toczą się teraz dyskusje na forum zielonogórskim o tym kto zawinił, jednak dla mnie jako osoby, która już na niejednym open airze była jest to niezrozumiałe, by ludzie rano zmykali do domów, by odpocząć i przybyć ponownie wieczorem. Przecież największą radością na open airach, tym bardziej takich, które trwają 2-3 dni, jest właśnie zabawa w dzień! A podstawy do tej zabawy były! Piękna pogoda, basen... cóż, jedyne co przychodzi mi do głowy, to fakt, że taki właśnie jest clubbing. Brak czerpania radości z czegoś co się otrzymuje. Na szczęście nam do podejścia clubbingowców jeszcze sporo brakuje i oby tak pozostało. Jak już wspomniałem, będąc jeszcze pełni sił wykorzystaliśmy samochód Zielono Mi jako soundsystem i przez ponad 3 godziny muzyka sączyła się z samochodu - kto chciał ten się bawił, a kto nie ten jadł kiełbaski. :) Tak właśnie zleciał nam czas na terenie kąpieliska w Ochli. Impreza udana, miło było spotkać osoby z którymi tak rzadko się widuję i razem z nimi na ich terenie bawić się i grać. Zapewne jeszcze nieraz, jeśli tylko nadarzy się okazja, to udam się w tamte regiony, bo warto.

Kończąc relację wspomnę, że podróż powrotna to była masakra. O ile na odcinku Zielona Góra-Głogów w pociągu dało się jakoś wytrzymać, to w drodze do Wrocławia gdy pociąg był zawalony ludźmi było tragicznie. Klimat naszego przedziału był o wiele gorętszy niż ten jaki panuje w saunach. Na szczęście katorgi związane z podróżą zostały pokonane przez dwie piękne dziewczyny na których przez te 2,5 godziny mogłem zawiesić wzrok.

Styropian