Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

18.03.2006 - spring connection


Miejsce: Piwiarnia Magura, Banska Bystrica
Data: 18.03.2006

Wyobraźcie sobie taką sprawę: miasto będące jednym z głównych ośrodków przemysłowych w kraju, liczba mieszkańców około 100 tysięcy, osiedle tzw. blokowisko, a na jego skraju, lub części odgradzającej jedno osiedle od drugiego, budynek, w nim zaś na co dzień knajpka. Od czasu do czasu organizowana w niej jest impreza. Jakie są szanse, by takowy opis dotyczył Polski? Niestety pewnie małe, dlatego też poniższa relacja dotyczy imprezy która odbyła się na Słowacji. Po 9 godzinach od powrotu z Ostravy, wyruszyłem ponownie w trasę. Tym razem miejscem docelowym wyprawy było miasto, które leży niemalże pośrodku Słowacji - miastem tym jest Banská Bystrica. W wyprawie kolejny raz towarzyszył mi Mola oraz bracia Deranger i Bubblegum. Dla mnie była to druga impreza na Słowacji, dla pozostałej trójki był to debiut na Słowackim parkiecie - tak więc wszyscy jechali na imprezę bardzo napaleni, a ja mając przed oczyma wspomnienia z Psylvestra 2003/04 byłem pewien, że na imprezie się nie zawiedziemy i że te prawie 300 km nie jest pokonywane na marne. Podróż minęła bardzo pozytywnie, muzyczki i śmiechu było co niemiara. Warunki pogodowe były dobre, choć niestety mgła nie pozwalała podziwiać piękna naszych gór. Na granicy w Korbielowie pojawiliśmy się o 19:30. Po wymianie waluty i załatwieniu pilnych spraw, wsiedliśmy w wóz i przekroczyliśmy granicę. Po około 20 minutach jazdy ponownie byliśmy na granicy słowacko-polskiej. W sumie była to jedyna błędna decyzja podczas podróży - zamiast w prawo skręciliśmy w lewo, no i pojawiliśmy się na przejściu granicznym w Głuchaczkach, ale od tego momentu do Banskiej Bystricy jechaliśmy bezproblemowo, podziwiając piękny krajobraz zasypanej śniegiem Słowacji. W górskich miejscowościach niektóre domy były w 3/4 przysypane, a przystanków nie było widać. Tak więc jeszcze sporo czasu upłynie zanim cały ten śnieg zniknie, a "Połączenie z Wiosną" które było w nazwie imprezy to stety/niestety tylko nazwa.

W Banskiej Bystricy pojawiliśmy się przed około 22:00. Wprawdzie dysponowaliśmy mapą to jednak nieoceniona okazała się pomoc Słowaków. I choć zrobiliśmy troszkę dodatkowych kilometrów to w końcu udało nam się dotrzeć na miejsce imprezy. Ja byłem przygotowany na wszystko, bowiem w Czechach i Słowacji imprezy robione są w różnych miejscach, jednak to mnie bardzo zdziwiło. Dlatego, gdy stojąc przed samym lokalem, pytaliśmy się pewnej Słowaczki, gdzie tu jest psychedelic party i mówiła, że właśnie tu. Trudno było nam w to uwierzyć. No ale jak już "zatrybiła", że chodzi nam o Trance Party to potwierdziła, że to jest właśnie tu! No dobra, wszystko fajnie, ale to jest niemal centrum osiedla, muzyki nie słychać, ludzi na zewnątrz też mało, a zza okien widać automaty do gier. Gdzie my przyjechaliśmy? No, ale jak już tu jesteśmy, to wchodzimy. Oczywiście najpierw łyczek własnoręcznie rozrabianych energetyków, które na drugi dzień wychodziły nam bokami. Na "bramce" oczywiście uśmiech i wjazd za 100 koron (bez uśmiechu był za 1000) oraz szybka lokalizacja miejsca zabawy. Salka została szybko zlokalizowana, wchodzimy do niej i już wiemy, że to jest to! Zanim zacząłem podziwiać dekoracje, na wstępie oczarowała mnie piękna Słowaczka - och, a tych "czarodziejek" tej nocy było kilka! Co jak co, ale na brak piękności w tym kraju narzekać nie mogą. A co poza pięknymi holkami i dekoracjami? Oczywiście pozostali ludzie... Mnóstwo uśmiechu, koloru i energii. Co jak co, ale klimat jaki panuje na słowackich imprez jest ciut lepszy niż w sąsiednich Czechach. Naprawdę tylu "kolorowych" ludzi dawno na imprezie nie widziałem! To z czym mi się zawsze kojarzyły imprezy w Banskiej Bystrzycy było bardzo widoczne - i bardzo mnie to cieszyło.

Impreza trwała od 21:00, my jednak załapaliśmy się na drugi set tej imprezy. Grał DJ Stafa (PsyAlaska), oczywiście mocno i energicznie - przecież inaczej być nie mogło. Parkiet był oczywiście zapełniony ludźmi, którzy bawili się rewelacyjnie, a w szczytowych momentach euforii nie było widać końca. Gdy z głośników wydobyły się dźwięki jakiegoś starego utworu produkcji rosyjskiej, z iście namiętnym wokalem, a po chwili - za sprawą Parasense - nastąpił mega wybuch, klub oszalał. Na początku jedynym minusem tej imprezy było to, że po kilku minutach zabawy ciało było spocone. Niestety taki klimat panował w lokalu przez który przewinęło się tej nocy sporo osób. Lokal... no właśnie, jak już na wstępie wspomniałem, była to knajpka na uboczu osiedla albo oddzielająca jedne od drugiego - jak kto woli. To jest właśnie dla mnie fenomen na Słowacji i Czechach, że w takich miejscach są organizowanie imprezy i nie ma problemów, że muzyka za głośno, że ludzie na osiedlu nie chcą takiego lokalu, no i co najlepsze, że nie dochodzi do rozrób w czasie imprezy. Jakoś nie wyobrażam sobie, by na moim osiedlu zrobić imprezę. Już nie wspomnę, że policja z powodu zbyt głośniej muzyki przyjechałaby kilka razy, ale o tym, że różne typki z osiedla po odpowiedniej dawce % na pewno by chciały pokazać jacy to oni nie są. A tam cisza i spokój. Dresy? Hm, w Czechach i na Słowacji takiej subkultury nie ma, pewnie, że byli panowie w dresach i troszkę napakowani, jednak tylko zobaczyli co się dzieje i spokojnie sobie usiedli w części, gdzie można było spokojnie napić się piwa... kurde oni nawet piwa nie pili, tylko kofole (rodzaj napoju). Pięknie! Oj gdyby mogło być tak u nas. Później podczas rozmowy z Psyrixem dowiedziałem się troszeczkę o tym dlaczego na terenie Czech i Słowacji "dresów" nie znają - ale to całkiem inna historia.

O północy stery przejął Smeagol (Bizzare Project), no i jak można było się spodziewać poleciał również mocno, momentami bardzo mocno. Nie wiem co mnie trzymało na parkiecie, bowiem czasami tej łupaniny nie dało się wytrzymać. W końcówce seta zapodał Tikala, ale w mega podkręceniu! No, ale ludzie się świetnie bawią, więc "jaka publika, takie granie". Gdy już ktoś miał dość mógł sobie odpocząć w salce przy barze, gdzie dodatkowo swe wizualizacje prezentowali Kutny & Eskadr (Visual Division, Czechy). Ich umiejętności były bardzo dobre, jednak czegoś mi brakowało w ich dziełach. Może to kwestia gustu, jednak bardzo lubię, gdy na ekranach pojawiają się fragmenty z innych imprez, a tej nocy przeważała świetnej jakości grafika. Co ważne, wizualizacje bardzo dobrze były zgrane z tym co wydobywało się z głośników i to dodawało im smaczku. Kto nie chciał oglądać wizualizacji, mógł pożywić się w chaishopie, lub zagrać w piłkarzyki bądź na automatach.

Wróćmy jednak do najlepszego tej nocy czyli... kobiet, hehehe, bowiem niestety muzycznie ta impreza nie spełniła moich oczekiwań, za dużo czołgów, albo jak nazwał to Psyrix - amfetamin trans. Dark trance jest dobry, gdy jest grany z głową i pomysłem, a nie z myślą, że "faster, harder, Saiko Killa". Przykład dobrego grania dał Psyrix, który na początku i końcu zagrał tak jak lubię, bez zbędnego podkręcania kawałków, które miały to, co w darkach jest najlepsze - schizowe dźwięki i tajemnicza przestrzeń. Jego poprzednik Pyramid (PsyAlaska) ostro z nami pojechał, naprawdę momentami było jak na wojnie! A dobre nagłośnienie jeszcze tylko te niszczycielskie bity podkręcały. W czasie odpoczynku od "walki" wdałem się w rozmowę ze Słowakami. Jeden z nich w prosty sposób wytłumaczył mi dlaczego tak zachwycam się Słowaczkami na imprezie. Słowacja to mały kraj, więc dużo ładnych dziewczyn można spotkać w jednym miejscu. Polska to duży kraj więc też te wszystkie nasze piękności są porozrzucane po całym kraju. Proste? Ale jakie logiczne.

Ostatni set tej nocy był dziełem DJ'a Psyla (Mystical Waves), który ku mojej radości zaczął grać melodyjnie. Choć pierwszy kawałek Astrixa też troszkę mnie załamał (gdy beat dowalił to myślałem, że mnie poskłada), ale z utworu na utwór było lepiej. No i co mnie cieszyło: Słowaczki... Słowacy też dobrze bawili się przy melodyjnych full onach. Wspomniany Astrix, Tune i Protoculture to tylko niektórzy producenci których utwory zagrał Psyla. Jedynie co mnie denerwowało to styl czeskiego DJ'a - strasznie szybko zgrywał kawałki, przez co niektóre z nich nie dotarły do swoich najlepszych momentów. Ludzi na parkiecie było sporo, jednak w pewnym momencie właściciel (?) wyłączył sprzęt i impreza się zakończyła. Było to zbyt brutalne zakończenie, dlatego nie rozumie tej decyzji. Po lekkim ogarnięciu postanowiliśmy podjechać do centrum miasta i zwiedzić rynek. O tej porze nie było na nim zbyt dużego ruchu, a minusowa temperatura szybko nas z niego wypłoszyła.

Nadszedł czas powrotu. Choć wstępne ustalenia były takie, że w drodze powrotnej prowadzić na zmianę będą Mola, Deranger i Bubblegum, to jednak Deranger był w tak dobrej formie, że zrobił kolejne 300 km. Ci co mieli spać, nie spali - po prostu energetyki zrobiły swoje, choć w niedzielny poranek nikt nie mógł na nie patrzeć. Droga powrotna minęła pełna uśmiechu i radości, a z głośników nie wydobywały się mordercze mroki, ani też lekkie chillouty które by nas uśpiły, tylko mistrzowie transu - Juno Reactor. Gdy przez przypadek z głośników wydobył się mocny beat, z tyłu samochodu było słychać donośnie "kurwa zaś?" No ale po całonocnym masakrowaniu, nawet taki miłośnik mroku jak Mola miał dość. Wracając do domu odwiedziliśmy kolejne przejście graniczne (oczywiście przypadkowo) w Ujsołach. W domu pojawiłem się kilka minut po 11. Szybko zająłem miejsce w łóżku i odpłynąłem sobie do krainy snu. Tak oto zakończyła się wizyta u naszych południowych sąsiadów. Muzycznie nie jestem spełniony, jednak zabawa i dziewczyny były wspaniałe i zapewne będę długo wspominał tą imprezę.

Styropian