Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

16.08.2006 - ozora festival 2006 (Styropian)


Miejsce: Ozora, Węgry
Data: 16-20.08.2006

Od kilku lat w wakacje staram się wyjeżdżać na największe festiwale odbywające się w Europie. Po trzech latach wizyt na Fullmoonie przyszła pora zwiedzić inną część kontynentu. Wybór padł na Węgry, w których to już po raz drugi organizowany był festiwal Ozora. Miejscówka tego festiwalu jest już jednak znana od 7 lat, kiedy to na Węgrzech przy okazji całkowitego zaćmienia słońca zorganizowano festiwal Solipse. Opinie dotyczące ubiegłorocznego festiwalu były bardzo pozytywne i tym samym na Węgry jechałem z nadziejami, że przeżyje coś czego jeszcze nie dane było mi przeżyć.

15 SIERPNIA 2006 - WTOREK

Kilka minut po godzinie 14 w moim domu melduje się ekipa Jagodzianach w składzie: Nela, Butosz i Gagarin. Z nimi to bowiem miałem udać się na Ozorę. Po półtoragodzinnej przerwie oraz upchaniu bagażu w malutkim Oplu Corsa wyruszamy w drogę. Naszym celem były dzikie tereny Słowacji. Dzikie, ponieważ mieliśmy plany rozbicia namiotu gdzieś na trasie. Podróż mijała bardzo szybko. 15 km za miejscowością Martin na Słowacji, w rejonie wioski Danova, postanowiliśmy rozbić obóz. Miejscem naszego obozu stał się teren przy polu uprawnym. Szybko postanowiliśmy rozbić namiot, gdy nagle malutkim Jeepem podjechał właściciel (?) pola, który zakomunikował nam, że tutaj nie można się rozbić. Po kilku minutach słowacko-polskiego dialogu udało się nam wyprosić rozbicie namiotu i pozostanie w tym miejscu do rana. Szybko poszliśmy spać, lecz przed snem mogliśmy podziwiać piękne rozgwieżdżone niebo. Jeszcze w życiu nie widziałem tylu gwiazd - piękny widok.

16 SIERPNIA 2006 - ŚRODA

Ranek powitał nas słonecznie. Słowackie radio zagrało utwór "Love is every where", który pozytywnie nastroił nas przed drugą częścią podróży. Dokładnie o 8:50 opuściliśmy pole i udaliśmy się do granicy słowacko-węgierskiej. Niestety mapa, którą dysponowaliśmy, nie była zbyt dokładna, przez co nadrobiliśmy troszkę kilometrów zanim dojechaliśmy do Komorna. Tutaj czekała na nas kolejna niespodzianka. Przejście graniczne w Komarno jest remontowane i odbywa się tam tylko ruch pieszy. Po konsultacjach z celnikami okazało się, że następne przejście graniczne znajduje się 40 km od Komarno, wobec czego nie pozostało nam nic innego jak tam jechać, a ponieważ dalsza część drogi na Ozorę rozpoczynała się od miasteczka graniczącego z Komarno, musieliśmy nadrobić 80 km! Sił na pokonanie tej drogi dodały nam pyszne bagietki, które można zakupić na stacjach benzynowych. Dalsza część trasy przebiegała już spokojnie, poza małymi problemami na obwodnicy Székesfehérvár. Po godzinie 16 zameldowaliśmy się w miasteczku Ozora. Przywitał nas piękny napis "Welcome To Paradise" powiewający przed wjazdem na teren festiwalu. Na naszych twarzach pojawił się uśmiech, a wraz z nim jeszcze większe podniecenie, jesteśmy już tak blisko! Na bramce zostaliśmy szybko obsłużeni i mogliśmy wjechać do raju. Ze znalezieniem miejscówki nie mieliśmy problemów, na miejscu była już liczna grupa rodaków, którzy zarezerwowali nam miejsce. Teren Ozory był ogromny, nie można go było objąć jednym spojrzeniem. Zanim jednak zaczęliśmy zwiedzać, trzeba było się rozbić. Pogoda była bezwietrzna, więc rozbicie namiotów trwało krótko. Zwiedzanie terenu rozpoczęliśmy od pryszniców. Do wyboru były dwie miejscówki. Jak długo jeżdżę na festiwale, to takich pryszniców jeszcze nie widziałem. Kabiny uformowane były ze snopków siana. Do wyboru były kabiny solowe lub integracyjne. W sumie było 8 kabin solowych, 3 integracyjne "for all" i jedna integracyjna dla pań. W kabinach integracyjnych było po dziesięć pryszniców, więc w sumie było ich 48. Wszystko oczywiście za darmo. Tak więc odświeżenie się pod prysznicem w słoneczny dzień nie było problemem, chyba, że ktoś się wstydził i chciał odświeżyć się w kabinie solowej, to bywały momenty, że przed "solówkami" były krótkie kolejki. Po odświeżeniu ruszyliśmy w teren. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to chillout, w którym trwały ostatnie prace przygotowawcze. Troszkę byłem tym zaskoczony, że nie wszystko jest pozapinane na ostatni guzik. Prace na "chillu" trwały do około 23. Idąc dalej mijaliśmy kramiki z ciuchami, naszywkami, jedzeniem, napojami i płytami. Szczególnie tymi ostatnimi byłem bardzo zawiedziony, nie dość, że mało to w większości słabe wydawnictwa. No, ale w końcu nie przyjechałem tu na zakupy!

Mainfloor był jeszcze zamknięty i mogliśmy podziwiać go tylko z oddali. Czas przed godziną "zero" urozmaiciła nam karuzela. Prosty pomysł, a ile radości! I tak jak na jednym z Fullmoonów musiałem, co chwile wysłuchiwać "no to po balonie", tak tym razem inni obozowicze musieli wysłuchiwać mojego "może na karuzelę?". Karuzela ta stała się moim nałogiem. Nie chodziło tylko o korzystanie z niej, ale także o zakręcanie innych osób i przyglądaniu się jak zachowują się podczas "odlotu". Kto wie, czy to czasem nie było przyjemniejsze niż siedzenie na niej. Karuzele były dwie: jedna przy mainie, a druga na placu zabaw, gdzie poza karuzelą znajdowały się huśtawki, koniki oraz piaskownica. Przed rozpoczęciem festiwalu chcieliśmy zwiedzić jeszcze labirynt utworzony w polu słoneczników, jednak było coraz ciemniej i w sumie początek labiryntu był już "zjedzony", więc podarowaliśmy to sobie.

Początek muzycznej oprawy Ozory 2006 przewidziany był na godzinę 22:00. I o tej godzinie przed wejściem na maina zebrało się sporo osób. Na maina jeszcze nie wpuszczano, a z głośników po jakimś czasie wydobyły się pierwsze dźwięki. Po chwili, na górze za sceną rozbłysły kryształy, wówczas także można było usłyszeć pierwsze okrzyki radości. Kilka chwil później można było udawać się na maina. Nie zapomnę tego widoku, gdy kilka set osób równym krokiem zbliża się do sceny, a z głośników słychać tajemnicze dźwięki. Kolorytu dodawało rozgwieżdżone niebo, wszystko to wyglądało tak jakbyśmy byli zahipnotyzowani i zbliżali się do "źródła", które nas wzywa. Intro było krótkie i z każdym kolejnym kawałkiem rozkręcało się tak, by po 10-15 minutach przeobrazić się w soczystą porcję beatu i melodii, które porwały nas do tańca. Pierwszym DJem był Danger (Procyon Records). Miałem okazję słyszeć go już raz w Ostravie i wówczas jak na mój gust zagrał lepiej. Jego set mógł się jednak podobać, bowiem rozpoczął progresywnie, a kończył radosnymi full onami. Mi jednak dobór utworów zbytnio nie podszedł. Czasu, który przeznaczony był na set Dangera, nie zmarnowałem, postanowiłem przyjrzeć się dokładnie dekoracją, a te były na wysokim poziomie. Mainfloor przypominał busz. Scena ozdobiona była backdropami, na których znajdowały się papugi, goryl, żaby i wiele zieleni. Do tego nad sceną rozprzestrzeniały się liście i ogromne orchidee. Przy głośnikach znajdowały się dwie olbrzymie mandalle. Tył sceny przeznaczony był na ekran dla wizualizacji, a pozostały obszar wyciemniono i rozbłyskiwały na nim gwiazdy. Orchidee "spoglądały" na nas także z boków mainfloora, spokojnie rosły sobie na drzewach, pod którymi wyrosły olbrzymie grzyby. Nad naszymi głowami "latało" sporo motyli, które od tej pory zawsze będą mi się kojarzyły z Ozorą 2006. Tylnia część "maina" wypełniona była gwiazdami. Pomiędzy drzewami tworzącymi mainfloor rozwieszone były trójkątne ekrany na wizualizacje. Przed mainflorem znajdowało się miejsce na ogromne ognisko, na które drzewo nie było przynoszone przez ochotników, tylko co jakiś czas podjechał ogromny ciągnik z podnośnikiem przystosowanymi do przewozu drzewa. Dzięki temu drzewa nie zabrakło, a jedyną aktywnością bawiących się było dokładanie do ognia. Ognisko to było strzałem w dziesiątkę, bowiem noce na Ozorze były bardzo chłodne i ognisko dawało możliwość ogrzania się. Po zwiedzeniu sceny udałem się na pierwszy festiwalowy posiłek do "Indian Food". Wegetariańskie potrawy były smaczne, szkoda tylko, że w swej ofercie nie mieli takiego makaronu jak na Full Moonie. Jako że chciałem usłyszeć występ Kindzadzy, postanowiłem odpuścić sobie set DJa Obi i udać się do obozu.

17 SIERPNIA 2006 - CZWARTEK

Nie jestem wielkim fanem darków, jednak na ubiegłorocznym Fullmoonie występ Kindzadzy był jednym z najlepszych. Tym razem niestety było inaczej. To już nie były dźwięki, które przenosiły do świata grozy, tylko zwykłe nadupczanie ze sporą ilością motywów rodem z pokoju dentystycznego. Po 40 minutach postanowiłem podarować sobie dalszy występ Kindzadzy i udać się na spoczynek, by rano wstać na live act Alternative Control. O dziwo pobudka o 6:30 minęła bezboleśnie i ożywiony chłodną rosą na trawie ruszyłem na maina. Na którym grał jeszcze DJ Driss (Hadra), wprawdzie to co grał nie podchodziło mi za bardzo, to jednak chęć ogrzania i świetny kontakt Drissa z publiką sprawił, że ruszyłem w taneczny bój. Występ Alternative Control to melodyjne fullony z rączkami producentów w górze. Takie dźwięki były idealne na czwartkowy poranek. Pod koniec występu udałem się do obozu w celu wymiany ciuchów, bowiem słońce o 7 rano dawało już ostro popalić. Przy okazji zaliczyłem poranny prysznic. Na mainfloor wróciłem na końcówkę występu Kalumeta i set Emoka. Oba występy oscylowały w kręgu szeroko pojętego progressive i była to odpowiednia muzyka na porę dnia i pogodę, jaka nam towarzyszyła. A z nieba lał się żar. Na szczęście organizatorzy przy mainie postawili pal, a na nim zwykły ogrodowy spryskiwacz, który w upalne dni sprawiał nam wiele radości.

Na występach w/w artystów zakończyła się pierwsza doba moich odlotów na Ozorze. Wprawdzie ze swym materiałem wystąpił jeszcze projekt Phony Orphans, to ich produkcje było mi dane słyszeć tylko z oddala. W czasie, kiedy główna scena przestawała grać, większość ludzi przenosiła się do swoich obozów lub na chillout, gdzie każdego dnia można było usłyszeć jedną z gwiazd światowego formatu oraz wielu DJów. Dla mnie było to idealne rozwiązanie, bowiem nie musiałem się martwić, że ominie mnie ktoś na głównej scenie lub na chillu, a jednocześnie w spokoju można było zjeść posiłek, lub pobawić się na karuzeli. W czwartek główną atrakcją chilloutu był występ projektu Soul Surfer. Panowie zagrali lekko i przyjemnie, a jednocześnie tanecznie, więc kto chciał mógł się pobujać przy łagodnych dźwiękach. Po występie Soul Surfera udaliśmy się z powrotem do obozu, w którym podczas naszej nieobecności powstał nowy wyraz węgierski "szmeges". Wyraz ten zrobił wielką furorę w naszym obozie, jednak bywały momenty, że tego "szmegesowania" już nie szło wytrzymać.

Scena główna podczas przerw była sprzątana tak, że gdy wracaliśmy na nią wieczorem, nie było widać, że jeszcze siedem godzin wcześniej odbywała się jakaś impreza, jedynie wydeptana trawa dawała znać, że coś tu się musiało dziać. Drugi dzień festiwalu rozpoczął o 22:00 występ Chromosome i od tego momentu był to najlepszy występ na festiwalu. W muzyce Andersa Nilssona, nie brakowało niczego. Był to dobry melodyjny trans, do jakiego Chromosome przyzwyczaił nas po wydaniu płyty "The Genome Project". Po tym występie udałem się do namiotu, by zaczerpnąć snu przed występem Para Halu, którzy mieli grać o trzeciej.

18 SIERPNIA 2006 - PIĄTEK

Zegarek zbudził mnie o 2:50, chęci do wstania był wielkie, bowiem bardzo chciałem usłyszeć występ węgierskiego duetu. Jednak wmówienie sobie, że za 10 minut pójdę skończyło się tym, że zbudziłem się przed 5:00, kiedy to grał już Edoardo z Neurobiotic Records. A ponieważ DJ Edoardo jest szefem jednej z moich ulubionych wytwórni, udało mi się szybko pozbierać i po chwili byłem na mainie, gdzie trwała świetna zabawa. Wprawdzie w secie brakowało mi utworów ze świetnej kompilacji "Neo-Caine", to jednak utwory, które Włoch zagrał, także były bardzo taneczne, więc organizm szybko się rozgrzał. O 6:30 nastąpił moment, w którym na scenie pojawił się jeden z moich faworytów festiwalu - Johannes Regnier a.k.a. Silicon Sound. Francuz zaprezentował nowe utwory, które zapewne znajdą się na jego drugim albumie. Nie zabrakło jednak kilku starszych pozycji takich jak choćby "Departure" nagranego wspólnie z DJ Psychotropem. Nowa płyta Silicon Sound zapowiada się bardzo ciekawie, utwory które zagrał na Ozorze miały klimat utrzymany do tych z debiutanckiego "Pure Analog". Johannes Rainier nie ograniczył się do jednego stylu, w swych najnowszych produkcjach eksperymentuje także z elektro i progressive. Dla mnie występ Silicon Sound był fantastyczny i zapewnił solidną dawkę energii na cały dzień. Pobawiłem się jeszcze troszkę przy secie lidera Turbo Trance Records (DJ L'Elf), a później udałem się na śniadanko, które miało mnie wzmocnić przed kolejnymi porannymi występami.

O godzinie 10 na scenie pojawił się nasz rodak - Atmos, niestety ktoś wprowadził nas w błąd, że o 10:00 ma grać Andromeda i tym samym spóźniliśmy się około półgodziny. Na szczęście godzina, która nam pozostała była wyborna. Tym samym Atmos stał się dla mnie jedną z miłych niespodzianek Ozory. Kilka lat temu, gdy nagrywał takie utwory jak "The Only Process" za jego muzyką szalałem. Jednak ostatnie wydawnictwa Tomka jakoś do mnie nie przemawiały. Niby był to progressive z wyższej półki, to jednak nie przemawiało do mnie te nowe oblicze Atmosa. Jego występ na Ozorze zmienił jednak moje zdanie o jego obecnej twórczości. Przedpołudniowe godziny ubarwione w progresy Atmosa były wspaniałymi chwilami, które chciałoby się przeżywać wiecznie. Po Atmosie wystąpił duet Era, który w dalszym ciągu prowadził progresywną zabawę. Ich set był o tyle ciekawy, że żeńska część duetu stała przy playerach i mikserze, a męska połowa dodawała efekty z laptopa. Na koniec drugiego dnia zabawy wystąpił szwedzki duet Andromeda, który zrobił to, co było trzeba. Swymi dźwiękami starał się nas zmobilizować do zabawy na całego, co oczywiście się udało. Występ Andromedy był ciekawy nie tylko pod względem muzycznym, ale także technicznym. Jeden z panów miał na sobie sprzęt, dzięki któremu dłońmi mógł "łapać" sample i nimi wykręcać, rzucać, podnosić, także szaleństwo było jeszcze większe. Występ Szwedów zakończył się o 15:00 i udaliśmy się do obozu. Ci, którzy zostali jeszcze na maine, zostali wynagrodzeni setem w wykonaniu Andromedy. Piątkowe popołudnie spędziłem w chilloucie, który wypełniony było produkcjami pana o pseudonimie Aes Dana.

19 SIERPNIA 2006 - SOBOTA

Piątkową noc poświęciłem na sen, wprawdzie chciałem wstać o trzeciej na Hux Flux, to pomimo tego, że się obudziłem, namiotu nie opuściłem. Po godzinie szóstej udało mi się pokonać sen i udałem się na maina gdzie grał DJ Ans z Nano Records. Do tej pory nie miałem styczności z jego setami, ale to co zagrał bardzo przypadło mi do gustu i mogę polecić go każdemu. Po secie Brytyjczyka ze swym live actem wystąpił "kosmiczny kot" Avi Algarnati. No i jak przystało na jego produkcje zagrał melodyjnie. Po Izraelczyku zagrała piękna Słowenka - DJane Gaby. Oj oczarowała mnie swą urodą, a i set był bardzo dobry w sam raz na poranną gimnastykę. Wprawdzie było kilka kawałków, które się troszkę rozjechały, to jednak wystarczyło zerknąć na "Gabrysie" i od razu się człowiekowi lepiej robiło. Po DJane Gaby przyszła pora na kolejną legendę sceny. Frederic Holyszewski a.k.a. Deedrah zagrał świetnie. Mocny energiczny trans sprawił, że sobotni poranek stał się dla mnie jednym z najlepszych momentów życia, a przed nami był jeszcze cały dzień i ostatnia noc festiwalu.

Po występie Deedraha zrobiłem sobie przerwę przed występem kolejnego "starego" wyjadacza. O 14:30 na scenie pojawił się Tristan (Twisted Records) i zaprowadził nas do "innego" świata. Pomimo tego, że słońce mocno grzało, nikt nie oszczędzał sił. Produkcje Tristana były tak świetne, że grzechem w tym czasie było przebywać w obozie. Jednak nie tylko muzyka Tristana powodowała piękne stany, także jego kontakt z publiką sprawił, że występ ten był tak udany. Nic więc dziwnego, że po występie Brytyjczyk zebrał największe jak do tej pory brawa. Wszyscy pragnęli raz jeszcze zobaczyć i usłyszeć go w akcji. Wprawdzie pojawił się na scenie, to jednak poza puszczeniem kawałka "Shanti - Spirithorse (Sub6 Remix)" z mp3 playera, nic więcej już się nie działo. Był to niewątpliwie najlepszy występ, jaki do tej pory miał miejsce na Ozorze.

Ostatnia noc szykowała się arcyciekawie. Wystąpić miały, bowiem takie tuzy jak Absolum, Cosmosis i Man With No Name. Około godziny 20 nad Ozorą zachmurzyło się, a z nieba spadł deszcz, któremu towarzyszyła burza z piorunami. Wprowadziło to troszeczkę negatywnego nastawienia przed zbliżającą się nocą (wszyscy mieli w głowie to, co wydarzyło się na Sonice, gdzie z powodu obfitych opadów odwołano występ Hallucinogena). Na szczęście burza szybko przeszła i niebo znów "zakwitło" gwiazdami. Jako pierwszy tej nocy wystąpił Christophe Drouillet a.k.a. Absolum. Jak przystało na tego pana, nie oszczędzał nas. W jego produkcjach nie ma słodkich melodyjek, czy też radosnych wkrętek. Produkcje Absolum po prostu niszczą, podobnie było także podczas jego występu na Ozorze.

20 SIERPNIA 2006 - NIEDZIELA

Mocne granie sprawiło, że przed występem Cosmosisa postanowiłem odpocząć wspólnie z Templarem w Blue Point. Był to punkt przy głównej scenie, gdzie nie można było palić i pić, no i co oczywiste spożywać innych używek. Zamiast wymienionych przed chwilą nałogów, można było za darmo napić się wody lub wody z wapnem. Ostatnia noc na Ozorze była ciepła, a jeszcze goręcej było gdy z głośników wydobywała się świetna muzyka. Przed 2:00 ze swym sprzętem pojawił się Cosmosis. I rozpoczął coś czego jeszcze w życiu nie było mi dane przeżyć. To co i jak zagrał Bill Halsey było dla mnie mistrzostwem. Do tej pory produkcje Cosmosisa były mi dobrze znane, lecz jakoś nigdy mnie nie przekonywały. Występ Billa Halseya na Ozorze sprawił, że ponownie sięgnąłem po płyty Cosmosisa i stałem się wielkim fanem jego twórczości. Utwory takie jak "Stormy Monday" czy "Re-order" rozłożyły mnie na łopatki i jednocześnie unosiły wysoko nad chmurami. Takiego szaleństwa jeszcze nie widziałem i nie przeżyłem w swym festiwalowym życiu. A sam Cosmosis to już nie tylko legenda sceny psytrance, ale także legenda jeśli chodzi o zachowanie za "sterami". Napisałem "za sterami", ale Bill Halsey był także na sterach. Było kilka takich momentów, że wszedł na konsoletę i ostro z nami przeżywał to co się działo. To było coś niesamowitego! To nie było mechaniczne machanie rączkami, tylko przeżywanie czegoś wspaniałego, czegoś co pozostanie w mej głowie na długo. Po Cosmosisie kolejne zaczerpnięcie powietrza, grał bowiem DJ Oleg , a ja ponownie odpoczywałem z Templarem w Blue Point. Po dwóch godzinach nadeszła kolej na kolejnego "dziadka" sceny. Dziadek ten znany jest z tego, że nie posiada imienia. i jak można się domyślać zwie się Man With No Name. Hubert napisał po Ozorze na naszym forum: "usłyszeć Teleporta i umrzeć" - cóż więcej można dodać? Utwór, który wprowadził wiele osób do świata tej muzyki został oczywiście zagrany, a wiele osób w tym momencie mogło mieć łzy w oczach. Oj pięknie było... Gdy teleportacja dobiegła już końca, usłyszeliśmy kolejny klasyk MWNN, "Possessed". Można by rzec, "stare, ale jare". Podczas tych klasyków "dzieci" Dali i Hypersonica nie wiedziały co z sobą zrobić, stały jak wryte, a my niemal "zmoczeni" z uśmiechami na twarzy odlatywaliśmy sobie gdzieś daleko! Po takiej dawne energii trzeba było odpocząć i zregenerować siły, bowiem przed nami ostatnie godziny festiwalu.

Po dwóch godzinach powróciłem na maina, na którym grał Peter Didjital ze szwedzkiego Digital Structures. Jego set oscylował w progresywnych klimatach i muszę przyznać, że bardzo mi się podobał. Było to idealne zejście na ziemię po wspanialej nocy. Następni DJe także starali się utrzymać podobny klimat, jednak zbyt często sięgali po kawałki housowe, przez co klimat nie był już taki dobry. Na zakończenie Ozory wyznaczeni zostali panowie z Son Kite. Najpierw dwugodzinny live act, a później set Marcusa. Początek gry Son Kite troszkę mnie zmartwił, było nudnawo i kawałkom, które były grane czegoś brakowało. Jednak z utworu na utwór panowie się rozkręcali do takiego stopnia, że w momencie, gdy grali "On Air" byłem ponowie gdzieś hen hen wysoko w chmurach. Występ Szwedów był bardzo dobry, wzbogacony o grę na skrzypcach, które wydawały piękne dźwięki. W pewnym momencie myślałem już, że grany jest mój ulubiony kawałek Son Kite, "Knob Adjustment", jednak jak się później okazało niestety nie był to ten utwór. Za swój występ panowie otrzymali solidną porcję braw, które wyciągały ich ponowieni na scenę i zagrali jeszcze dwa utwory. Później stery przejął Marcus, który zaprezentował swego minimalowego seta. Pomimo tego, że sporo kawałków mi nie pasowało to końcówka była mistrzowska! Wspaniała muzyka, słońce, uśmiechnięci ludzie! Żyć nie umierać. Po zakończeniu Marcus otrzymał zasłużone brawa, a organizatorzy podziękowali wszystkim za dobrą zabawę i zaprosili na następną Ozorę. Atrakcją wieczoru miał być występ Entheogenic na żywo na chilloucie i tak też się stało, jednak większość z nasz czekała na afterparty, które miało się później odbyć. W międzyczasie nad Ozorą przeszły gwałtowne wiatry. Pomimo tego, że wszystko działo się może 5 minut, to kilka namiotów zmieniło swoje położenie. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że w Budapeszcie z powodu burz i wiatrów zginęło kilka osób. Na szczęście nas ta katastrofa ominęła.

Na aferze grali węgierscy DJe, którzy w zapodawali różnego rodzaju klimaty, od elektro przez progressive do full onów. Zabawa była przednia, choć jak na afterparty to liczyłem, że więcej osób na nie przyjdzie. Na aferze pojawił się także Cosmosis, który wziął gitarę i grał na niej przy ognisku. Rewelacyjny koleś! Przed godziną druga postanowiłem jednak udać się do snu, bowiem rano czekało mnie pakowanie i podróż do domu. I tak po 43 godzinach na nogach, po wielu wspaniałych występach, udałem się na zasłużony sen. Rano, jeszcze przed wyjazdem, powróciłem na chillout, by się jeszcze troszkę pobujać przy pięknych fullonach. Następnie wsiedliśmy w samochód i wyruszyliśmy w kierunku Katowic, do których przybyliśmy przed północą.

I tak właśnie minęła mi Ozora, najlepszy festiwal, na jakim dane było mi być. Trudno doszukiwać się minusów, bowiem takowych nie było. W piątek, gdy zmieniono time table, karteczki z informacją zostały szybko rozwieszone, przez co wszyscy mogli się dowiedzieć o przesunięciach w czasie. Oprawa muzyczna była rewelacyjna, każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Miłośnicy darków mieli wiele dobrego w nocy, fanatycy full onów skakali rano, a fani progressive trance mieli swoje popołudnia. Wszystko było poukładanie tak, by nagle jakiś grajek nie wyskoczył z masakrującym umysł mrokiem o 12 w południe. Trudno także szukać słabszych występów na żywo lub setów DJskich. Wszyscy stanęli na wysokości zadania i przez cały czas festiwalu można było delektować się dobrą muzyką. O czystości na festiwalu także wspominałem i z takich przykładów powinniśmy czerpać dobry przykład. Główna scena codziennie była sprzątana, podobnie jak Toi Toie, które przez cały czas były czyste i zachęcały do korzystania, co oczywiście przekładało się na to, że lasek i jego rejony nie były "zaminowane". Teren Ozory rozciągał się chyba przez całe Węgry! Nie było bowiem żadnych taśm, które informowały, że rozbijać się można do tego miejsca. Przestrzeń była ogromna i każdy mógł się rozbić gdzie tylko chciał! Ochrona była niewidoczna na terenie festiwalu, więc w sumie trudno mi powiedzieć czy byli gdzieś w pobliżu głównej sceny. Miłą niespodzianką było też afterparty, które dostarczyło dodatkowych wrażeń i zabawy. Można by wymieniać jeszcze wiele plusów Ozory, które i tak nie oddają tego co tam się działo! Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak podziękować wszystkim tym z którymi dane było mi przeżyć ten festiwal (starzy i nowi znajomi), oraz mieć nadzieję, że za rok ponownie spotkamy się w tym samym miejscu!

Styropian