Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

15.07.2005 - fullmoon festival 2005 (Templar)



Specjalne podziękowania ślę Terryemu Gilliamowi, którego film opiewający przygody Raoula Duke'a i doktora Gonzo był dla mnie pewną inspiracją podczas pisania tej relacji.

Zwykle staram się unikać fullonów, jako ze fajniej się przy nich tańczy niż o nich pisze, jednak w obliczu Fullmoon Festival jest to wręcz niemożliwe. Wystarczy spojrzeć na line up i przelecieć szybko wzrokiem po figurujących na nich nazwach. Mimo fullonowego natłoku w tym roku pojawili się również liczną grupą artyści prezentujący mroczniejszą stronę psytransu. Smakowitymi kąskami dla mojego muzycznego podniebienia byli niewątpliwie tacy jak Tristan, Tikal, Sirius Isness, Talamasca, Eskimo, Penta, Skazi, Exaile, Para Halu, Sub6, czy wreszcie Electric Universe, którego twórczość bardzo sobie cenię, a którego płyta "Cosmic Experience" była dla mnie jedną z najlepszych pozycji wydanych w roku 2004. Rok wcześniej było fantastycznie... Trzeba jechać...

15 LIPCA 2005 - PIĄTEK - Nasza jazda była inna...

Mijały miesiące, dni... W końcu nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu. Z różnych przyczyn mogliśmy wyjechać dopiero w piątek wieczorem. Pewne było, że musimy uzbroić się po zęby. Skoro mamy jechać, jedźmy z wykopem. Tak się realizuje polskie marzenia. Mieliśmy dwie torby węgla na grilla, pięćdziesiąt sześć litrów wody, dwa leżaki, słoik kawy i całą galaktykę ciuchów i śpiworów. A także parasol, pęto kiełbasy, zgrzewkę Żywca i ponad dwa tuziny innych pierdół. Wszystko tanio i pewnie. Martwiła mnie tylko ta kiełbasa. Oby się nie zepsuła. Nie ma nic gorszego niż wędliny, które za długo leżą. Wiedziałem, że niebawem je zjemy... Po mistrzowskim zapakowaniu się ruszyliśmy naszym czerwonym automobilem o godzinie 19. Mój kompan i zarazem kierowca (Mauser) jest przyszłym prawnikiem, to nie byle dureń którego zgarnąłem z ulicy... Podróż upływała bez przeszkód, chociaż obok Szczecina opóźnił nas poważny wypadek na drodze, później dostaliśmy się w sam środek burzy. Od granicy dzieliło już nas niewiele, tak więc zrobiliśmy sobie postój na stacji paliw, gdzie w jadłodajni stołował się sam Quentin Tarantino. ;) Mauser posilił się pożywną zupą pomidorową, ja zakupiłem trochę piw oraz nowe okulary przeciwsłoneczne i koło północy...

16 LIPCA 2005 - SOBOTA - This world is an illusion...

... zawitaliśmy na granicy. Samochód był tak obładowany, że mogło wzbudzać to pewne podejrzenia, a już na pewno przyciągać uwagę. Rzadko kto zna psychologię straży granicznej. Zwykły kierowca zaraz spanikuje i zjedzie na bok. Szybko jednak pojechaliśmy dalej. O ile podróż po Polsce się nieco przeciągała, tak niemieckie drogi wręcz prosiły się by po nich jechać. Trafianie na odpowiednie szlaki było już tylko zwykłą formalnością. W Putlitz czekał na nas Styropian, katowicki fotograf, znał dalsze szczegóły. Mamy tylko zameldować się na bramce. Kiedy trafiliśmy do Putlitz dało się już zauważyć znaki z napisem FMF i strzałkami. Mijały kilometry... W końcu z daleka ujrzeliśmy coś w deseń obozowiska. Im bliżej, tym bardziej materializowały się kształty festiwalowego pola. Bingo, nareszcie jesteśmy na miejscu. Na bramce powitał nas Styropian. Dostaliśmy swoje opaski identyfikacyjne (tym razem z materiału, nie plastikowe jak rok wcześniej) i prowadzeni przez Styro pojechaliśmy na miejscówkę, gdzie rezydowali Polacy, później wyszliśmy na główną scenę. Kim są ci ludzie? Co to za twarze? Skąd się wzięli? Słodki Jezu, strasznie ich dużo jak na 4.30 w sobotę rano...

Z przyczyn oczywistych ominęliśmy występy Eskimo (słyszałem o granej przez młodzieńca nowej wersji "Party Pooper"; podejrzewam, że wkrótce ta pozycja znajdzie się również w kejsach niektórych rodzimych DJ'ów), Paranormal Attack i Penty. Tego ostatniego uszczknąłem zaledwie kwadrans, po zgromadzonych na mainie ludziach widać było, że muzyk ich skutecznie opętał. Penta to jeden z niewielu rosyjskich artystów, których muzyka przypadła mi do gustu. Do obozu odprowadzał mnie jego utwór pt. "Disgusting Creatures". Na miejscu spotkaliśmy kolejnych naszych: Bongo, Marta i Angelika. Przyszliśmy tu po polskie marzenie, wpadliśmy w wir...

Spaliśmy nie rozpakowani w samochodzie w mało komfortowych warunkach. Między skokami w krainę Morfeusza przeglądałem sobie jedną z broszur informacyjnych, które zgarnęliśmy na bramce. Podane w niej były wszelkie niezbędne informacje, włącznie z obowiązkową rozpiską artystów na scenie głównej i chilloucie oraz obszernym regulaminem festiwalu. Zaciekawiła mnie wzmianka o kompilacji o nazwie "Fullmoon Festival: An Experience of International Psychedelic Trance". No nieźle... Na płycie znalazły się utwory autorstwa projektów Cosmic Tone, Alternative Control, Optokoppler, Cyber Cartel, Space Buddha, Mr Peculiar, Cromatone, Highko, Nexus, High Cosmos i Xenomorph. Z zewnątrz dobiegały mnie dźwięki ze sceny. Zastanawia mnie kto torturował moje uszy tak tandetną muzyką (wg line upu podejrzanymi są DJe Schippe, T-Gate oraz Kl.Audio). To już nie były nawet fullony, to była dyskoteka ze znamionami fullonu, gdzie dominowały muzyczne bękarty pokroju utworów Dali czy Hypersonic. W duchu prosiłem, by i reszta festiwalu nie okazała się tak samo koszmarna...

Wstawało słońce, z wolna neutralizując skutki wyjątkowo wilgotnej nocy. Mauser rozbił namiot, podczas gdy ja uporałem się z częścią bagaży. Naszymi sąsiadami była Anglia oraz znajomi z Polski (najliczniejsza była brygada ze stolicy). Cieszy mnie fakt, że jeśli chodzi o polską ekipę, to byliśmy zlokalizowani praktycznie w tym samym miejscu. Kiedy tak zalegaliśmy na leżakach przyszedł Janusz i po chwili rozmowy udało mu się zaciągnąć nas na mieszankę live & DJ w wykonaniu Ma-Faiza i Miko. W tym miejscu muszę podziękować Januszowi, bo doznałem czegoś pięknego. Jeszcze będąc w obozie zastanawiało mnie czemu w każdym z utworów słyszę skrzypce. Teraz mogłem się przekonać, że to nie specyfika granych numerów, a grający na skrzypcach Miko stał za tymi boskimi dźwiękami. Ma-Faiza grał naprawdę przednie psychodeliczne (!) numery, podczas gdy Miko spinał całość grą na skrzypcach. Proszę mi wierzyć na słowo - coś fantastycznego! Duet ten zagrał później jeszcze raz na mainie i raz na chilloucie. W zeszłym roku pojawiły się negatywne głosy co do "młócenia" transami non stop przez 24 godziny na dobę. W tym roku organizatorzy zmienili nieco koncepcję głównej sceny i tak oto codziennie od godziny 10 przez trzy godziny z głośników sączył się ambient. Wydało mi się to bardzo rozsądnym rozwiązaniem, tym bardziej, że noce do spokojnych nie należały.

Po dawce pozytywnej energii pospacerowaliśmy sobie trochę po terenie festiwalu. Na festiwalu było mnóstwo ludzi z wypisanymi na twarzach słowami: Jesteśmy twoimi przyjaciółmi, nie tak jak inni. Taki układ mi pasował, jako że już rok temu przekonałem się, jak życzliwa i pokojowa może być menażeria paru tysięcy osób różnego wieku, płci, koloru i wyznania z całego świata. Ludzie byli kolorowi, uśmiechnięci, bezstresowi i sympatyczni, a zwykłe "Hi" czy "Hello" o poranku od zupełnie obcych mi osób było bardzo miłym akcentem. Mnogość i różnorodność postaci utrudniała skupienie się na jednym punkcie, a moje zachłanne oczy chciały i próbowały ogarnąć jak najwięcej szczegółów. Cały festiwal można było podzielić na dwie części: scena i obozowisko. Nie będę się rozwodził nad ich wyglądem, rozmieszczeniem etc, gdyż te były niemal identyczne jak rok wcześniej, a wszystko możecie zobaczyć dokładnie na fotkach. Dodam tylko, że wszystko było odpowiednio rozplanowane, poczynając od bramki a na dekoracjach kończąc. Jeśli chodzi o kwestie higieny i sanitaria - do wyboru, do koloru. na miejscu festiwalu znajdowały się dwa rodzaje toalet. Pierwsze to najzwyklejsze w świecie ToiToie, za które trzeba było płacić 30 centów. Toalety za 70 centów były zaś wyposażone w muszle i umywalki z ciepłą wodą. Nie muszę chyba dodawać, że lwia część zgromadzonych pod transowym sztandarem ludzi wybrała obcowanie z naturą. Co do mycia się, to uczestnicy festiwalu mieli wybór: darmowe prysznice z zimną wodą, lub wersja exclusive, czyli prysznice z ciepłą wodą - koszt 1.50 Euro. Zaradni Polacy znaleźli oczywiście jeszcze jedną opcję, ale o tym nieco później...

W końcu miałem okazję przyjrzeć się chilloutowi, jakże zaniedbanemu przeze mnie rok wcześniej. Poza moim prywatnym pokojem i zieloną kanapą oraz hamakiem między dwoma drzewami na działce w Malborku ;) nie byłem chyba w lepszym chilloucie. Chill prezentował się o niebo lepiej niż w ubiegłym roku. Całość stanowił wielki namiot, któremu wyglądem blisko było do tych cyrkowych. Wnętrze odsłaniało bar, całe mnóstwo materaców, poduszek, kilka kanap i stółów, w samym centrum zaś znajdowała się fontanna, a wszystko przyozdobione było odpowiednio dekoracjami (kwiaty, motyle, fluoro-backdropy...). Całość dopełniał niebieski sufit, który był pełen gwiazd. Można się tu było zrelaksować w jednej chwili, dlatego też obiecałem sobie, że jeszcze tu wrócę. Tym bardziej, że czekał nas występ M-Sphere. W międzyczasie zakupiłem parę cedeków i wraz ze Mauserem i Styropianem powędrowaliśmy na główną scenę. Live i set w wykonaniu izraelskiego Star-X, za którymi specjalnie nie przepadam, umożliwił mimo wszystko skuteczne poruszanie się w densflorowej przestrzeni. Dalsza część dnia zleciała na grillowaniu, gdzie Mauser doskonale wcielił się w rolę znanego fanom TVP2 i pichcenia pana Makłowicza. Kiełbasy z musztardą i keczupem okazały się bardzo miłym (i smacznym) dodatkiem do soboty w tych pięknych, festiwalowych okolicznościach. Pogoda była wręcz optymalna, pomijając feralny czwartek (o którym wspomnę później) praktycznie przez cały cieszyliśmy się dobrą aurą. Mieliśmy słońce, trochę wiatru i stosunkowo ciepłe noce.

"A teraz coś zupełnie innego" jakby powiedzieli komicy z Monthy Python... Projekt Sub6 był dla mnie jedną z obowiązkowych pozycji w tegorocznym line upie. Izraelczycy mieli zacząć grać o godzinie 18, jednak nastąpiła pewna obsuwa w czasie, wobec czego przysiedliśmy przy stoisku z mrożonym sokiem. Zimny napój znakomicie pasuje do Putlitz. W końcu grający DJ Pena otrzymał oklaski i wiedzieliśmy, że można ruszyć na ziemisty parkiet...

Byliśmy na środku danceflooru, gdy poczuliśmy kopa. Bracia Golan i Ohad Aharoni (przez Styropiana ochrzczeni jako Sabs i Siks). Soczyste basy szybko i skutecznie przeszyły moje wątłe ciało. Moim zdaniem był to najlepszy live act jakiego doznałem podczas całego Fullmoona. Muzyka bardzo różniła się od tego co można było usłyszeć w oryginalne (czyt. na płycie "Who Needs Love Songs"). Każdy ze znanych mi numerów jakie poleciały był stworzony praktycznie od nowa. Przy każdej z pozycji automatycznie wyskakiwał uśmiech na twarzy, a ich dynamiczna motoryka pchała ciało i umysł do przodu. Jeśli chodzi o zaplecze muzyczne Sub6, to wymienić tu trzeba takie utwory jak "Navigate Into", "Blox Loggers", "Buttersonic", "What's In Your Mind", zupełnie nowe produkcje (m.in. nieznany mi zupełnie track z wokalem "Liquid Love" - ręce w górze, uczucie pełnego zadowolenia i szeroki uśmiech na twarzy), czy szlagiery pokroju "Ra He'ya" oraz fantastyczny "Droid Save Da' Queen", którego wyczekiwaliśmy najbardziej. Ciekawostką był remix utworu "Just Say No", którego autorem jest pierwotnie Cosmosis. Bardzo miły akcent, jeden z tych momentów kiedy mówię do siebie "no proszę...", chociaż przeróbka nie ma co się równać z oryginałem. Szkoda tylko, że wśród repertuaru nie pojawił się majstersztyk w dyskografii Golana i Ohana, "El Novation" (oczywiście wersja oryginalna a nie remix), który mógłby posłużyć jako idealny finał całego występu. Brakowało mi także numerów "Indian Jackpot" czy "To Experience", które to z kolei idealnie sprawdziłby się w roli intro. Tak czy inaczej nie mogę narzekać. Minęła ponad godzina, wydaje się ze całe życie, apogeum które nigdy się nie powtórzy. Obu muzykom z Sub6 należą się oklaski na stojąco, siedząco i leżąco. Brawo! Tego lajwaktu nie zapomnę nigdy, takich lajwaktów chcę więcej!

Po Sub6 poszwędaliśmy się znowu po stoiskach, zakupiłem kolejne płyty, zjedliśmy ciepły posiłek i wróciliśmy do obozu po piwo i leżaki. Zjawiliśmy się na głównej scenie w trakcie live Vibe Tribe. Nie było to coś powalającego, ot sztampowy izraelski fullon, momentami wręcz irytujący swoimi śmiesznymi podjazdami. Tak czy siak, w końcu miałem okazję delektować się dekoracjami, które nocną porą skąpane w świetle ultrafioletu prezentowały się w pełnej krasie. Dekoracji było z pewnością więcej niż w zeszłym roku, sama scena była przyozdobiona kosmicznie, gołym okiem widać było włożoną w to wszystko pracę i środki. O 22:30 doczekałem się w końcu mojego nowego faworyta wśród dark psychdelików, jakim jest Para Halu (duet Homen / Adam Hohmann i Pondesz / Andras Fekete). Zwykle nie przepadam za tego rodzaju muzyką, ale Para Halu to jeden z klejnotów reprezentujących ciężką i mroczną odmianę psychedelicznego transu. Jeszcze będąc w domu zachwycałem się utworem "Siren's Fiction (Jesus in the Black Mass)", teraz miałem okazję skosztować ich na żywo. Spora część ich live actu to oczywiście materiał pochodzących z debiutanckiego albumu grupy, "The World Of Peace". Dla niektórych osób może to być muzyka zbyt ciężka do przyjęcia na klatę, ale uwierzcie mi, że jest to jeden z tych mrocznych transów, których warto zasmakować. Niebo wypełniły snopy światła, a mroczne dźwięki skrzeczały i latały wokół mojego leżaka. Półtora godziny czystej przyjemności. Swoją drogą, zapoznajcie się koniecznie z ich płytą.

17 LIPCA 2005 - NIEDZIELA - Saiko Killa!

O północy do sceny dorwali się dwaj muzycy z Psychotic Micro. Boskie prototypy. Mutanty, które nigdy nie weszły do masowej produkcji. Zbyt szalone by żyć i zbyt rzadkie by umrzeć. Od razu powiem, że był to chyba najgorszy występ na całym Fullmoonie. Wyobraźcie sobie dwóch długowłosych facetów bez koszul, z tikami nerwowymi w obu rękach, odstawiających pogo przy wyjątkowo kiepskiej muzyce, która potrafi zrobić z człowieka wiejskiego pijaka z irlandzkiej powieści. Obserwując ich poczynania za dekami momentami zastanawiałem się czy nie oglądam dwóch zbiegłych z ogrodu zoologicznego małp w akcji, albo jakiegoś cyrkowego szoł wątpliwej jakości. Żenada... Dzięki pomocy Binia dotarłem do obozu i zasnąłem.

Z rana udaliśmy się ze Styropianem i Mauserem na rzeczkę, która była oddalona od miejsca festiwalu o jakieś 15 minut drogi piechotą, a która była alternatywną opcją kąpieli. Co prawda miałem przez chwilę pewne opory przed wejściem do zimnej wody, jednak po chwili okazała się wyjątkowo ciepła. Było wyjątkowo przyjemnie, a niektórzy (Styropian) poczuli istny zew natury... :) Tego biegu "na waleta" przez tamę nie zapomnę nigdy. :D Pomimo sielankowej atmosfery czas naglił, ponieważ o 13 miał zagrać francuski duet Tikal, na szczęście udało nam się wrócić rychło w czas. Ponieważ od samego rana byliśmy tylko o wodzie, postanowiliśmy spożyć coś konkretnego. Sącząc sok pomarańczowy ze świeżych owoców usłyszeliśmy z daleka remix utworu "Silicon Sound - The Shell" w remixie Tikala z jedynymi w swoim rodzaju wstawkami z filmu "Ghost In The Shell". Oho, zaczęło się na dobre... Przyszła pora na szybki stek z frytkami. Do głównej sceny był już tylko moment... i oto znaleźliśmy się wśród tańczącego tłumu. Bracia z Tikal idealnie wpasowali się do pory dnia. Ich radosna i pogodna muzyka idealnie współgrała z otaczającym nas zewsząd słońcem, luzem i uśmiechami. Przez scenę przetoczyły się oczywiście słynne utwory z ich pierwszej płyty, jednak tym razem Francuzi postawili na ekspozycję materiału z ich nowego albumu o nazwie "Carnival". Jedne z lepszych chwil na tym Fullmoonie.

Dalsza część dnia upłynęła nam na grillowaniu ostatnich wędlin z Polski. Wieczorem ruszyliśmy na główną scenę, zahaczając dosłownie o występ Optokopplera, jednak w roli przechodniów a nie tańczących. Po zrobieniu pełnego koła zatrzymaliśmy się na dłużej w knajpce z jedzeniem, gdzie uwagę zwracały naleśniki i świeży sok z pomarańczy. Wiedziałem, że facet w moim stanie powinien spróbować naleśnika z Nutellą. Do tego piwko, trochę przyjemnego dymu i ani się obejrzeliśmy, jak zleciały live Atomic Pulse oraz Pixela i...

Pół godziny przed północą pojawili się pełnoprawni niszczyciele parkietów: Asher Swissa, znany bardziej jako Skazi i towarzyszący mu Assaf B-Bass. Na co dzień nie jestem jakimś specjalnym miłośnikiem muzyki z metką Skazi, ale wiedziałem, że nie można tego ominąć, zwłaszcza że żywię sentyment do kilku produkcji. Dodatkowo podchodziłem do tego z dużym dystansem, mając w głowie różne filmiki z imprez z udziałem Skaziego, gdzie wiało istną tandetą. Po znakomitym intro panowie od razu przeszli do działania. Przyznam, że zupełnie nie wiedziałem czego spodziewać się po tym występie. Rok temu doświadczyłem Skaziego w roli DJa i dobrze wspominam tamten set, jednak live to live... Asher przy gitarze i Assaf za syntezatorami zaserwowali odpowiednią dawkę wrażeń, czuć było prawdziwą moc "wiosła" sprzężonego z elektroniką. Kartą przetargową występu była niewątpliwie gitara, z którą Asher czuł się jak ryba w wodzie. Jak widać kilka lat w izraelskiej kapeli punkowej o nazwie Rak Piersi zrobiło swoje. Osobiście bardzo spodobał mi się kolaż dwóch świetnie zmontowanych razem numerów, mianowicie "Revolution" i kultowego już "Xtc", który to nie pozwala mi zapomnieć o składance "Zoo 2". Zgromadzeni pod sceną ludzie byli momentalnie jak atomy w wielkim akceleratorze, zresztą dziwnym nie jest, jeśli wziąć pod uwagę osobników, którzy dawkowali muzykę. Rewelacyjny okazał się dewastujący utwór "Psycho Killer", który to chodził po naszych głowach na długo po występie Skaziego. Niestety pojawiły się też zgrzyty w postaci (obowiązkowej?) tandety: niesmacznego i fatalnego remixu "Out of Space" (nie muszę chyba mówić kto stoi za oryginałem) czy obrzydliwego "Infected Mushroom - I Wish (Brutal Remix by Skazi), ale w obliczu całego występu, który notabene uważam za udany, udam że tego w ogóle nie słyszałem...

18 LIPCA 2005 - PONIEDZIAŁEK - I hate Mondays.

Dzień zaczął się wizytą w pobliskim sklepie i obowiązkowym wypadem nad tamę, gdzie mogliśmy umyć się w spokoju z dala od ludzi i opłat. Cały czas pilnowałem czasu, jako że między 13 a 16 miał zagrać nikt inny jak Tristan (Twisted Records) w podwójnej roli: live i DJ. W końcu miałem okazję przekonać się, czy mr Cooke jest rzeczywiście tak dobrym DJem jak mówią tu i ówdzie, oraz usłyszeć jego nowy materiał, który przygotowuje na potrzeby swojego trzeciego albumu. Niestety, nie dość, że nie dostrzegliśmy nigdzie na scenie Tristana, to jeszcze wywieszono ogłoszenie o treści: Tristan nie zagra gdyż skradziono mu torbę z paszportem. Po prostu świetnie... Wielka szkoda. Zamiast nieobecnego Tristana zagrali panowie z Bizarre Contact, którzy złapali mnie w sieć zaledwie na dwa, trzy numery. Jak się miało wkrótce okazać nie był to koniec zawodów tego dnia.

Pozostały czas spędziłem w obozie na leżaku, czekając na upragniony występ żywej legendy - Electric Universe, który miał mi zrekompensować z nawiązką stratę po Tristanie. Przed Elektrykiem grał szef wytwórni Neurobiotic Records, DJ Edoardo, którego set był istną promocją muzyki rodem z kompilacji Sonica, jak i samego festiwalu o tej samej nazwie. Edoardo skończył swój set o godzinie 19, po czym na scenie pojawili się Boris Blenn oraz towarzyszący mu Roland "Chico" Weding z gitarą. Czekałem na ten występ z nieukrywanym entuzjazmem, tymczasem był on... nijaki. Nie było żadnego intro, w jednej chwili z głośników popłynął "Gaijinrocker" puszczony bezpardonowo od którejś tam minuty. Podczas live actu w ruch poszło ledwo kilka utworów z płyty "Cosmic Experience", na resztę występu składały się zupełnie nowe (fullonowe - a to ci nowość) numery, które owszem, były przyzwoite, miały odpowiedni drive, ale brakowało im jednak tej magii, jaką bądź co bądź obdarzona jest muzyka spod znaku Electric Universe. W granych podczas występu numerach nie było słychać żadnej zmiany, zaś brzmienie gitary było zgodne co do joty z oryginalnymi riffami (uśmiałbym się gdyby to był rasowy playback). Brakowało tu chociażby wirtuozji i improwizacji Ashera (Skazi). Moim zdaniem Boris nie zbudował wcale klimatu, równie dobrze mógł wrzucić płytę do CD-playera i sobie iść. Ostatecznie był to wielki zawód, który trwał całe półtora godziny. Po artyście tego formatu, który wszak na scenie jest nie od dziś, spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Może moje oczekiwania co do takiej tuzy sceny były zbyt duże? Później na scenę wkroczyli kolejno Psycraft i Hydrophonic, jednak ci spływali już po mnie jak woda po kaczce.

19 LIPCA 2005 - WTOREK - Chillout

Z samochodu słuchałem sobie muzyki by Exaile. Co prawda muzyka tej kapeli również cierpi na syndrom wielu ostatnich superprodukcji rodem z Hollywood, który można określić 4 słowami: "dużo huku, mało treści", jednak dla wielu, w tym i dla mnie, jawi się jako jedyne w pełni zdrowe jabłko w koszyku Chemical Crew. Tak czy siak, prezentowane przez nich tracki (głównie z ich debiutanckiej płyty "Hit The Machine") odpowiednio masowały teren festiwalu. Dodatkową atrakcją była burza z piorunami, które genialnie rozświetlały całą okolicę, pozostawiając na bardzo krótką chwilę wrażenie oglądania jednego wielkiego zdjęcia w negatywie. Po pewnym czasie pogrążyłem się we śnie, od czasu do czasu wyłapując mroczne dźwięki autorstwa Xenomorpha. Przy takiej muzyce czysta meskalina to orężadka...

Nadszedł wtorek. W powietrzu dawało się wyczuć nieuchronnie zbliżający się finał festiwalu. Śmieszne, bo wydawało się, że dopiero co przyjechaliśmy i nie mogliśmy się odnaleźć w fullmoonowym wirze. Drugi dzień tygodnia zwiastował także kolejny highlight w rozkładzie, a mianowicie live projektu M-Sphere w namiocie chilloutowym. Pod gwieździstym stropem, nieopodal pluskającej cicho fontanny rozstawiliśmy z Mauserem leżaki i oczekiwaliśmy na dousznie konsumowany deser w postaci w.w. M-Sphere. To czekanie się nieco przeciągnęło, gdyż za konsoletą wciąż stał nieznany mi DJ, serwując pompujące psytransy. Co prawda DJ był z niego jak z koziej d**y trąbka (koszmarne przejścia między numerami), ale numery miał bardzo smaczne. Wreszcie, z wielkim opóźnieniem w czasie, wielki namiot wypełnił się pierwszymi kojącymi dźwiękami M-Sphere. Nic tylko słuchać i zalegać... W tym samym czasie na głównej scenie zaczęli grać panowie z Altom. Rok wcześniej zrobili na mnie niemałe wrażenie, dlatego opuściłem na pewien czas chillout, by trochę rozrzuszać kości. Altom to jeden z tych projektów, do których mam szacunek na poletku fullonu. Alexisowi i Dubrieulowi udało się bez problemów porwać mnie swoją muzyką w tany. W powietrzu królowały dźwięki ich drugiego albumu "Groove Control" oraz kompilacji "Groove Controllers", którą poskładali do kupy właśnie panowie z Altoma. Tak oto zleciało mi jakieś pół godziny. Po powrocie na chillout spotkałem tam również Styropiana i już we trójkę poczłapalismy do obozu celem spożycia zakupionej wcześniej w sklepie karkówki. Stwierdzam, że był to bardzo dobry zakup... Niebo w gębie.

O 20 zaczęli grać Francuzi z Life Extension. Przyznam się, że zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać, jako że projekt ten znałem tylko z utworu o nazwie "Unknown", współtworzonego z Talamascą na potrzeby albumu "Made In Trance". Czas nadrobić te zaległości... Muzyka bardzo mi podpasowała, tym bardziej że byłem spragniony danceflooru. Life Extension dostarczyli żywego, pompującego transu, który skutecznie porywał do tańca. Reasumując, wychodzi na to że warto próbować rzeczy nieznanych, bo często smakują one lepiej od tych znanych i markowych. Bardzo przyjemny live bez zbędnych przegięć i tanich sztuczek. Grający zaraz potem Space Buddha również uraczył publikę przyjemnymi fullonowymi monsterami, które znalazły wielu wielbicieli.

20 LIPCA 2005 - ŚRODA - Hasło: Ręka rękę myje.

Od północy grali muzycy z Void. Szybko okazało się, że prezentowane przez nich dźwięki można znieść tylko w małych dawkach, lub w ogóle, dlatego też tym bardziej po pierwszych zwiastunach tej "rewelacji" ochoczo udałem się do obozu. Nie będę się tu zbyt długo rozpisywał... Void? Avoid.

Rankiem obudziliśmy Styopiana i pojechaliśmy nad rzekę. Była to już nasza ostatnia wizyta w tym miejscu, jako że dzień później mieliśmy już wyjeżdżać. Po powrocie na festiwalową polanę udaliśmy się na buszowanie między sklepikami, zatrzymując się na legowiskach przy stoisku z napojami. Idylla nie trwała długo, momentalnie powiał mocniejszy wiatr i zadaszenie zawaliło się na nasze głowy. Na szczęście nikomu nic się nie stało, a obsługa barku szybko uwinęła się z naprawą popsutego stropu. Wiedzieliśmy jednak, że z psotnym wichrem nie ma co zadzierać i udaliśmy się na odpoczynek do znacznie pewniejszego miejsca - do namiotu chilloutowego. To był istny strzał w dziesiątkę, gdyż niespecjalnie miałem ochotę na imprezowanie i tańce na głównej scenie, głównie z powodu lichej pogody. Po upatrzeniu sobie dogodnej pozycji rozłożyliśmy się z Mauserem jak dłudzy na dywanie. Odpoczywało się bardzo miło, osobiście bardzo wkręciłem się w muzykę i swobodnie lewitowałem wraz z cudnymi dźwiękami. Z czasem to zadanie było utrudnione, gdyż wraz ze zmianą grającego namiot rozbrzmiał drum and bassami. Ani się nie obejrzeliśmy wskazówki zegarka pokazały godzinę 15tą. Po mobilizacji sił poszliśmy na główną scenę... Live Komercyjnych Hipisów (skądinąd bardzo przyjemna muzyka) zapewne byłby miłym dodatkiem do tego dnia gdyby nie pogoda, która raczej nie zachęcała do udzielania się na dancefloorze. Kierunek obóz... Na ruszt poszły ostatnie kiełbasy. Były smaczne, choć jeszcze w sklepie moje podejście do nich zdradzało brak wiary.

Poczynając od rana czuć było, że w powietrzu wisi zbliżający się koniec festiwalu. Część stoisk zakończyła swoją działalność, znikały też kolejne namioty, zostawiając po sobie wydeptane połacie pola. Sporo osób, zarówno zwykłych obozowiczów, jak i właścicieli kramików, wybierało się na następujący zaraz po Fullmoonie Voov Experience... Na główną scenę wróciliśmy koło godziny 18tej. Czekało nas ciepłe jedzenie w stoisku Indian Food (miska pysznego żarcia za 3.50 Euro) i set DJki F-Rat. Co do jej setu mam nieco mieszane uczucia, ale ogólnie było dobrze. Po F-Rat scenę zdominował label Mind Control Records, jako że o 20:30 wystąpiła para Max i Davina z Sirius Isness oraz the one and only Talamasca (od godziny 22). Ci pierwsi zaprezentowali silną, energetyczną muzykę. Swoją urodą urzekła oczywiście żeńska część siriusowego duetu, która świetnie bawiła się w trakcie gry. Występ Sirius Isness dosłownie uszczknąłem, gdyż zrobiło się wyjątkowo zimno, a że ze mnie zmarzlak, to automatycznie odpadła opcja zabawy. Niestety Talamascę już przespałem, słyszałem tylko, jak swoją grę zainicjował numerem "Action". Szkoda, bo wszystkie opinie o jego graniu z jakimi się zetknąłem były bardzo pozytywne.

21 LIPCA 2005 - CZWARTEK - Co z tymi butami do golfa?

Około godziny 4 w nocy obudziły mnie bębniące w szybę samochodu krople deszczu. Prawdziwa pobudka nastąpiła o 8 rano. Co my do cholery robimy na środku jeziora?! To co działo się na zewnątrz samochodu przechodziło ludzkie pojęcie. Teren festiwalu znalazł się w samym centrum oberwania chmury, a ja poczułem się jak Noe w swojej arce. Brakowało tylko zwierząt... W ciągu następnym godzin Mauserowi udało się dokonać niemożliwego (kłaniam się nisko) i zapakował cały nasz dobytek do wozu. Dodam, że cały czas lało jak z cebra. W takich warunkach nie miałem nawet jak pożegnać się z całą ekipą, która chowała się akurat w przemakających namiotach. Pomogliśmy uruchomić zagranicznemu jegomościowi jego samochód, po czym wyjechaliśmy (a raczej ewakuowaliśmy się stamtąd) koło godziny 12, wydostając się z błota jakie zrobiło się na dotąd przejezdnych drogach festiwalu. Postój na stacji benzynowej był wręcz wybawieniem, jednak deszcz towarzyszył nam już przez całą podróż, po drodze oczywiście dało się zauważyć kilka wypadków. Koszmarny dzień... Zanim przekroczyliśmy granicę zatrzymaliśmy się jeszcze w przydrożnej knajpie, gdzie zjedliśmy za ostatnie miedziaki solidny posiłek z deserem. Będąc już w kraju, zmęczeni rutyną polskich dróg ujrzeliśmy przed nami młodzieńca usilnie próbującego wydostać się tylnim oknem z samochodu. Sytuacja szybko się wyklarowała, kiedy chłopiec wychylony do pasa oddał prosto na ulicę kilka obfitych strzałów kontrolnych, będących zapewne rezultatem nieciekawego Happy Meal z Mc Donalds. Całe zajście niezwykle nas ożywiło i zachęciło do dalszej podróży, która niestety odbyła się już bez kolejnych live actów w tym stylu. Zmęczeni, ale zadowoleni i nabuzowani wrażeniami dojechaliśmy w końcu do Gdańska przed 22.

Żaden opis, mieszanka słów, muzyki czy wspomnień, nie oddadzą odczucia, że się tam było i żyło tam w zakątku czasu i świata. Czy poprzedni Fullmoon był lepszy? Tak. Nie. Może. Nie będę nawet porównywał. Bo po co? Osobiście jestem bardzo zadowolony z wyjazdu na ten festiwal. Całe to wydarzenie wyczerpało mnie nieco pod kątem finansowym, ale sądzę, że warto zaoszczędzić trochę grosza na takie chwile. Oderwałem się od codziennej rzeczywistości na blisko tydzień, wypocząłem, smacznie podjadłem, wybawiłem się, zobaczyłem i usłyszałem w akcji znanych mi artystów, kupiłem sporo dobrych płyt... Organizacja festiwalu była dopięta na ostatni guzik, zresztą nie ma się co specjalnie temu dziwić, gdyż w grę wchodziły widoczne na każdym kroku niemiecka precyzja i niemałe pieniądze. Na usta cisną się oczywiście dwa słowa: duże przedsięwzięcie. Dekoracje, sprzęt, ludzie (ochrona, muzycy, dźwiękowcy, medycy etc.), miejsce - to wszystko kosztuje. Pozostając jeszcze przy temacie pieniędzy, te można było wydać na festiwalu na różne sposoby. Jeśli chodzi o polską ekipę, to jedni upodobali sobie płyty, inni ubrania, jeszcze inni dekoracje. W kwestii posiłków - na miejscu można było zakupić naprawdę dobre jedzenie, zarówno wegetarianie jak i miłośnicy mięsnych potraw mieli w czym wybierać. Stoiska z jedzeniem oferowały takie delicje jak indyjskie przysmaki (przykładem niech będzie makaron ze smażonymi warzywami - wszystko przygotowywane w olbrzymich wokach), naleśniki z wybranym nadzieniem (krem Nutella, masło orzechowe, dżemy lub banany), steki z frytkami... długo by wymieniać, a wszystko było równie smaczne. Oczywiście dokoła można było także kupić ubrania (m.in. znane wielu osobom ciuchy marki Space Tribe), przeróżne ozdoby, jak i płyty z wiadomą muzyką. Sklepików z płytami było kilka, upodobałem sobie szczególne dwa: stoisko gdzie znajdował się kosz z płytami po 10 Euro (udało mi się wybrać kilka smakołyków) i stoisko Spirit Zone, gdzie pojedynczą płytę można było kupić za 6 Euro, a specjalna promocja, przez którą skutecznie topniała zawartość mojego portfela, obejmowała 4 płyty za 20 E. Co ciekawsze, promocja była chyba nieprzypadkowa, gdyż sprzedawca napomknął raz o tym że "the label is closing down", ale puściłem to mimo uszu i specjalnie nie dawałem temu wiary, myśląc że chodzi o inną wytwórnię. Szkoda, że nie spytałem, ale pewnie za jakiś czas wszyscy się dowiemy jak sprawy naprawdę się mają. Wiele faktów przemawia za zamknięciem Spirit Zone: z pierwotnego składu artystów nie został tam już praktycznie nikt, jeden z najbardziej zżytych z wytwórnią muzyków Space Tribe od kilku dobrych miesięcy ma swój własny label (Space Tribe Music), kolejny album Electric Universe zostanie wydany gdzie indziej, Shiva Chandra swoją nową płytę wydaje w Sin-Tec Recordings. Z czasem się przekonamy jak stoją sprawy... Jeśli chodzi o muzykę, to tuż obok naprawdę dobrej muzyki pojawiało się też sporo słabej, reprezentującej bardzo typowy sound powielany w praktycznie każdym z numerów i czysto dancefloorowe efekciarskie podjazdy. Szkoda, że artystów nie stać na więcej innowacji i eksperymentów z dźwiękiem, w rezultacie czego otrzymalibyśmy więcej indywidualności w tej muzyce, a mniej odgrzewania starego fullonowego kotleta i muzycznej, stricte parkietowej papki. Na szczęście udało mi się wyłuskać kilka rarytasów, które mnie osobiście interesowały. Szczególnie przypadł mi do gustu live Sub6, który mogę z czystym sumieniem nazwać live actem. Podobały mi się także wszelkie dodatki w postaci żywych instrumentów (gitary, perkusja czy skrzypce). Wszystko to diametralnie różniło się od wszechobecnego jechania numerów z laptopów. Dobre było również to, że w razie ewentualnej nieobecności któregoś z artystów organizatorzy zapełniali tą lukę innym, przykładem niech będzie Ocelot, który zastąpił panią Sungirl, Bizarre Contact zamiast Tristana, czy też Protoculture w roli DJa zamiast Mr Peculiara. Mile zaskoczyła mnie ochrona. Co prawda ochroniarze wyróżniali się z tłumu, jednocześnie potrafili umiejętnie wtapiać się w cały ten kram, by nie zakłócać swoistego flow-u festiwalu. Przez cały festiwal nie uświadczyliśmy również żadnych przejawów przemocy ani żadnej wixy, a przychodzący na teren Fullmoona okoliczni mieszkańcy w żadnym wypadku nie zakłócali zabawy. Oczywiście w konfrontacji z tym wykreowanym na ich terytorium światem nie posiadali się ze zdziwienia... :)

A za rok? Co prawda kolejny Fullmoon Festival jest już zapowiedziany na konkretną datę (7-13 lipca 2006), jednak za rok planuję już coś zupełnie innego. A co to będzie - czas pokaże.

Pozdrawiam wszystkich znajomych z Polski, imprezowiczów z całego świata, organizatorów i artystów. A teraz dość gadania, bo poszczują mnie pijawkami. Zresztą muszę spadać... wyjechać z kraju...

Templar