Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

14.07.2005 - no mans land dance festival



To, że pojadę w tym roku na któryś z węgierskich festiwali wiedziałem od dawna, to że na pewno zaliczę No Man's Land okazało się jednak jakiś miesiąc przed, ale to że festiwal jak i cala nasza wyprawa przerosną moje najśmielsze oczekiwania okazało się dopiero na miejscu... ale po kolei. Jako że charakter mojej pracy pozwala mi korzystniej rozplanować urlop od ludzi pracujących w innych branżach postanowiłem połączyć przyjemne z najprzyjemniejszym, a mianowicie spędzić mile wakacje jak i zaliczyć jakiś festiwal, w tym roku postawiłem na no mans land.

Cała naszą wyprawę rozpoczęliśmy już 9 lipca, kiedy to też ostatecznie poznałem skład osób, które jadą, mianowicie Kasia, (którą powinni już niektórzy kojarzyć z imprez psytrance'owych odbywających się na śląskiej (i nie tylko) ziemi, Kacza, Owczar (debiutant, w sumie to dzięki owczarkowi miesimy załatwiony tak dogodny transport) i moja skromna persona. Do samego końca nie mieliśmy sprecyzowanego planu podroży... Ostatecznie zdecydowaliśmy uderzyć na Wenecję jako początek naszej podroży, tak też zrobiliśmy. Spakowani wyruszyliśmy wreszcie na długo oczekiwane wakacje. Nie licząc dobrego incydentu, który przydarzył nam się w Austrii, a mianowicie małego incydentu drogowego, który na szczęście dla nas okazał się tylko kapciem (choć wyglądało to dużo groźniej na początku), cała trasa minęła w wyjątkowo pozytywnych nastrojach, a po wcześniejszym zakupie w Czechach jakże smacznych trunków (radegast bacherovka) uśmiechy właściwie nie schodziły nam z twarzy. Wenecję oczywiście zaliczyliśmy podczas jednego dnia (strasznie drogo), po czym postanowiliśmy ruszyć na Chorwację i tam przeczekać aż do festiwalu. Zdecydowaliśmy się spędzić kilka dni na wyspie Krk, jak się później okazało wybór okazał się trafny. Tak tez zrobiliśmy kilka nocy "na dziko" kilka na polu namiotowym, widoki nie z tej ziemi (byłem po raz pierwszy na ziemi chorwackiej), oczywiście dużo nowych znajomych, dużo rakijii, orzechowicy i becherovki (niestety nie zakupiliśmy absyntu), niesamowite kąpiele w morzu o zachodzie słońca, śniadanka na trawie oraz sporo... No nieważne... Sporo ;)... sprawiły ze naprawdę wypoczęci i doskonale przygotowani mogliśmy ruszyć w stronę węgierskiego miasteczka Dabas w okolicy, którego miał odbywać się no mans land.

Na miejsce dotarliśmy przed godziną 5 rano w piątek. Niestety byliśmy bardzo zmęczeni podróżą i z lekka wykończeni chorwackimi upałami, które w połączeniu z rożnymi trunkami tworzą wyzwanie dla naprawdę wytrzymałych. Już w pierwszej chwili poraził nas dźwięk (coś niesamowitego - 170 kW), mimo że nie widzieliśmy jeszcze nic sam dźwięk w środku lasu naprawdę poprawił nam wszystkim nastroje. Zmęczenie na chwilkę odeszło w niepamięć, a uśmiechy niepewności zagościły na naszych twarzach. Na "bramce" dokupiliśmy pozostałe bilety oraz wynegocjowałem prawo rozpowszechnienia ulotek z Moondalli na terenie festiwalu (panowie z bramki zabrali mi je wszystkie i tak jak na początku miałem obawę, że może jednak źle zrobiłem zostawiając aż tak duża ilość w jednym miejscu, tak później widząc je przy każdym chai-shopie, barze, chilloucie itd. odetchnąłem z ulga, także zadanie wykonane). Po standardowym zaobrączkowaniu opuściliśmy samochód i poszliśmy rozejrzeć się po okolicy. Mimo że jeszcze było szarawo, łatwo było dostrzec dosyć pagórkowate ukształtowanie terenu i olbrzymią scenę, z której delikatnie sączyły się delikatne morningowe transy serwowane przez Tsubiego (Alien Muffia). Nie zwlekając dłużej postanowiliśmy rozbić namioty i odpocząć, choć kilka godzin, bowiem zmęczenie dawało się już naprawdę we znaki. Niestety mimo że moi współtowarzysze podroży zalegli to ja jednak postanowiłem udać się ponownie pod scenę, bowiem muzyka, którą obecnie grał Dolphin (Futurefolk), naprawdę ponosiła, niestety nie miałem siły skakać wraz z ludźmi, którzy zdecydowanie powiększyli swoja frekwencje pod scena, ale stojąc sobie z uśmiechem na twarzy miałem okazje doświadczyć pierwszego na tymże festiwalu wschodu słońca. Niesamowita ulotność chwili, której nie da się opisać nawet najbardziej literackim językiem, muskające promienie, całkowicie bezchmurne niebo, delikatne, ale jakże potężne i przenikające morningowe trasy i ci ludzie, złączeni w jednym to naprawdę magiczne doświadczenie, którego życzę każdemu z was.

Pod koniec setu, Dolphina postanowiłem dołączyć do znajomych i wyciągnąć swoje zwłoki na kilka godzin w namiocie. Słońce świeciło i grzało już naprawdę mocno, mimo że była dopiero godzina 7:00, ale niestety wyczerpanie organizmu było silniejsze. Wstaliśmy ok. godziny 11:30 i doznaliśmy szoku wizualnego, mianowicie namiotów było co najmniej dwa razy więcej niż 5 godzin wcześniej, a ludzi ciągle i ciągle przybywało. Naprawdę niesamowita pogoda, upal taki, że mimo zraszaczy, które włączone były przez cały czas, trudno było wytrzymać na "otwartym słońcu". Po nieco dokładniejszym zapoznaniem się z line upem (który odrobinę uległ modyfikacji) stwierdziliśmy, że najlepsze dopiero nadejdzie wieczorem, także skoczyliśmy sobie jeszcze na obiadek oraz pod "bio-showers", by się odświeżyć, a następnie udaliśmy się do chilloutu, gdzie przy delikatnych ambientowych dźwiękach raczyliśmy się winkiem, które przywieźliśmy ze sobą z Chorwacji (pięknie było).

Od 16 do 20 zarówno dziś (czyli w piątek), jak i pozostałe dni na mainie była przewidziana czterogodzinna przerwa, tzw. cisza przed burzą. I faktycznie burza nadeszła tuż po godzinie, 20 kiedy to swój live rozpoczął Kalumet (Delphoi Records). Serwowali naprawdę nieźle muzę, my jednak w tym czasie umacnialiśmy przyjaźń polsko-wegiersko z ekipką czterech Węgrów, których zapoznaliśmy, niesamowicie pozytywni ludzie (Polak i Węgier - dwa bratanki i do szabli i do szklanki). Ok. 22 zdecydowanie ruszyliśmy pod scenę, aby osiągnąć stan transu najwyższego. Akurat swojego seta w tym czasie grała Da-La (Cura Records) i musze przyznać niestety, że był to najsłabszy moment wieczoru, jak i całego festiwalu, nie wiem dlaczego organizatorzy "wkleili" ją właśnie w tym miejscu, grała bardzo słabo nie tylko technicznie, ale przede wszystkim kawałki miała takie, że można było zasnąć. Jak się później okazało nie było to tylko moje zdanie, ale także ekipy z www.goa.hu z którymi dosyć mocno się już zdążyłem zbratać. Na szczęście zaraz po niej zagrali Obi & Funghi (CyberMoon) i po prostu, za przeproszeniem, wypierdolili ludzi w orbitę. Grali tak, że każdy kawałek był lepszy od poprzedniego, miał w sobie więcej energii i sprawiał, że lecieliśmy wyżej i wyżej. Radość na twarzach ludzi oraz wzajemna życzliwości i przyjaźń podkreślała tylko i umacniała i tak niesamowita już atmosferę. Teoretycznie jesteśmy krajem, który jest porównywalny z Węgrami, jeśli o postęp gospodarczy chodzi, natomiast biorąc pod uwagę rozwój kulturowy to przerastają nas o lata świetlne. Tylu pozytywnych ludzi w jednym miejscu jeszcze nie widziałem i wiem, że zapewne narażę się na krytykę, ale MOIM zdaniem niemieckie festiwale (mam porównanie z Shiva Moon i Antaris) nie dorównują węgierskim w setnym procencie.

Wszyscy w nadziei czekali na pierwsze dźwięki Etnici (Solstice Records), którzy właśnie przygotowywali się do zagrania live o wschodzie słońca. Uniesione ku niebu ręce, wzajemne uściski z zupełnie obcymi osobami, (choć tam tworzyliśmy jedna wielka rodzinę) i przepiękne dźwięki "I Am The Shadow Of Myself" i "Inner Space" sprawiły, że znów poczułem, że warto wydąć wszystkie pieniądze, przebyć najdłuższa drogę tylko po to by, choć przez jedną małą minutkę poczuć się w ten sposób. Następnymi po Etnice miał być niemiecki duet S.O.N.U.S (Jum Jam Records) i musze przyznać, że jako nie znalem ich wcześniej, nie spodziewałem się wiec niczego nadzwyczajnego, jak się później okazało było to błędem. Mimo że swojego live'a zaczynali ok. godziny 6:00 kiedy słonko było już wysoko na niebie, to jednak to co zrobili ci dwaj utalentowani panowie było mistrzostwem świata. Etnica nawet w połowie nie poruszyła tak tłumu jak oni, Kasia, która od skakania miała już tak spuchnięta nogę ponownie zerwała się z pagórka, na którym spoczywała i przybiegła do nas trochę poskakać. Wtedy też Owczar (który był pierwszy raz na imprezie psytrance'owej o festiwalu już nie wspominając) stojąc pod scena w zachwycie wypowiedział zdanie, które towarzyszy nam do dnia dzisiejszego ("To jest ku*wa życie"), a które dokładnie odzwierciedlało to, co wszyscy czuliśmy. Kacza akurat tego dnia miał urodziny i chyba nie mógł sobie zażyczyć lepszego prezentu, bo to, co wszyscy przeżyliśmy tego ranka, nie jest w stanie opisać nawet najbardziej patetyczne słownictwo.

Potem już delikatnie przy setach i live'ach Space Safari (Freeform), Stratos & Szundi (Candyflip), Vision & Canedy (Hadshot), Steven (Hadshot), lecz wytrwale i do końca bawiliśmy się pod scena. O 16 jak co dzień znów czterogodzinna przerwa, którą postanowiliśmy wykorzystać na sen. Tak tez zrobiliśmy szybki prysznic i do namiotów, aby o 20 zdarzyć na Aes Dana i Asura, którzy to mieli grać na chilloucie, a wiadomo, że wstydem byłoby odpuścić sobie coś takiego. Kiedy już dotarliśmy do namiotów na upragniony wypoczynek okazało się, że koło nas rozbici są chłopaki z goa.hu, tak więc po wspólnym dogadaniu się miałem sobie okazje pograć na polu namiotowym podczas przerwy na mainie. Naprawdę fajny gest z ich strony. Nawet nie pamiętam o której dokładnie zasnąłem, ale wiem ze ustawiłem budzik na 20 tak, aby zdarzyć do chilloutu na uwielbioną przeze mnie Asurę. W momencie kiedy otwarłem oczy okazało się, że jest już 2 w nocy i minęła mnie Turbopauza na mainie, a przede wszystkim Aes Dana i Asura. :( Tragedia! Szybko się pozbierałem i udałem się na scenę główna (topić smutki), gdzie akurat grał Goblin i przez moment poczułem się jak na naszych psylesianych imprezach, kiedy grywał Dudi (kto wie jak Dudi gra na pewno wie, o co chodzi). Koleś łoił taką rzeźnie że o matko boska! Ale to co najlepsze miało dopiero nadejść, ja osobiście nie gustuje w tak "twardej muzie", ale Goblin naprawdę dawał rade. Ok. 4:30 na scenie miał zagościć Psysex (HOM-Mega), których zapewne nikomu nie trzeba przedstawiać. Pod scena pojawiło się więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej i kiedy tylko się "zmontowali" i zagrali dosłownie dwa kawałki nagle cos padło i na ok. 20 minut zabrakło prądu. Na szczęście ekipa techniczna w porę uporała się z problemem i Psysex spokojnie mógł zaspakajać nasze zmysły przy ostatnim już festiwalowym wschodzie słońca. A wschód był piękniejszy niż kiedykolwiek wcześniej w moim życiu (te przeżycia pragnę zachować jedynie dla siebie, zatem nie będę ich opisywał). Niewątpliwie był to najlepszy live festiwalu No Man's Land, a w momencie, kiedy usłyszałem kawałek Cosmy o nazwie "Sleep Of Peace" ludzie zaczęli krzyczeć, takiej euforii jeszcze nie przeżyłem. Było naprawdę cudownie. Około godziny 6:30 na scenie pojawił się uśmiechnięty pan w żółtej koszulce, który bardziej przypominał "human yellow" niż Human Blue (Spiral Trax), jego live obfitował w radosne i energetyzujące dźwięki, niesamowite uczucie słyszeć live i bawić się wśród ludzi, których kawałki sam grywam na imprezach. Oczywiście nie zabrakło takich szlagierów jak "Demon Dance" czy "Drag Queen", przy których ludzie poszybowali wysoko pod niebiosa. Warto dodać, że Human Blue był aktywny nie tylko na scenie, ale bardzo często można było zobaczyć go wesoło brykającego wśród uczestników festiwalu. Zaraz po nim kolejno zagrali Magnetrixx (AP Records) i Element (Spirit Zone), ja osobiście bardziej nastawiałem się na live Magnetrixxa, lecz nie dlatego ze mieli prezentować nowy album "Wired", ale dlatego ze dosyć często grywałem ich kawałki na imprezach i mimo że zagrali naprawdę nieźle umiejętnie, mieszając materiał z nowego albumu jak i ze starszych, wykorzystując miedzy innymi takie kawałki jak "Phase Shift" czy "Quagga", to jednak nie zrobiło to na mnie aż takiego wrażenia jak się spodziewałem. Być może zmęczenie zaczynało dawać o sobie znać? Poszedłem więc pod zimny prysznic i znów jurny jak młody bóg byłem w stanie szaleć przy live Elementu. Zagrali naprawdę niesamowicie, nigdy wcześniej jakoś nie robił na mnie większego wrażenia ów duet z Niemiec, ale mimo że grali ok. godziny 13 kiedy żar lał się z nieba pod sceną był nadal tłum. A kawałek "Analog Pussy - Future (Element Remix)" do dziś słyszę w swoich uszach! Coś niesamowitego! Niestety po transowej ekstazie siły niestety opuściły nas i już tylko siedząc pod zraszaczami słuchaliśmy live aktów Disham (Independent) i Gammera (Delphi Records). Grali bardzo fajnie, odpowiednio do pory dnia, delikatne kołyszące dźwięki sprawiały ze siedząc na górce i patrząc na bawiących się ludzi odzyskuje się wiarę w naprawdę dobre imprezy. Na mainie impreza zakończyła się ok. 18, ja ledwo stąpając po ziemi dowlokłem się jakoś do namiotu, gdzie zaległem słysząc z oddali dźwięki z chilloutu (w którym bagatela moi znajomi bawili się jeszcze prawie cala noc). Obudziłem się w poniedziałek ok. 10 rano, zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy nad balaton (głownie w celu odpoczęcia po festiwalu).

Reasumując było świetnie, nie żałuje ani 15 minut tam spędzonych, muzyka, ludzie, klimat, chillout, dekoracje, nagłośnienie... Po prostu profesjonalizm. Nic dodać nic ująć. Nie będę opisywał dni spędzonych nad bala tonem, ale chce nadmienić ze ostatni weekend wakacji postanowiłem spędzić w Budapeszcie. Nawiązałem wcześniej kontakt z Emerfauem i u niego właśnie postanowiliśmy się zatrzymać. Troszkę z obawą czekaliśmy na spotkanie, w końcu znamy się tylko z forum, jednak Marcin okazał się mega pozytywnym kolesiem. Od razu było o czym pogadać ;), a miejsca które pokazał nam w Budapeszcie były prawdziwie magiczne, założę się ze żaden nawet najbardziej wprawiony przewodnik nie zaprowadziłby nas do West Balcony czy innych tego typu. Przy okazji zaliczyliśmy tez festiwal Hare Krysna (te ich serniki, rozkosz smaku), zjedliśmy świetne jedzonko i zaliczyliśmy prawdziwie transową domówę. Jeszcze raz wielkie dziki Emerfau i pamiętaj ze u mnie zawsze drzwi dla ciebie stoją szeroko otwarte. :) Peace!

Marion