Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

11.08.2009 - ozora festival 2009 (Styropian)


Miejsce: Ozora, Węgry
Data: 11-16.08.2009

Stare porzekadło mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Co w takim razie zrobić, gdy do tej samej rzeki weszło się już trzy razy i ciągle nam dobrze?

Ozora 2009 była imprezą dwukrotnie jubileuszową - pierwszy to dziesiąta rocznica pamiętnego Solipse 1999, a drugi jubileusz to pięciolecie wznowienia imprez na terenie, na którym odbył się Solipse. Skład grających Ozory 2009 jak co roku obfitował w gwiazdy największego formatu wszystkich stylów sceny psytrance. Dlatego nie dziwi, że 12 tysięcy biletów w przedsprzedaży rozeszło się jak świeże bułeczki. W 1999 roku nie byłem na festiwalu Solipse, jednak za sprawą muzyki, fantazji i opowieści Shlonexa w audycji "Techno Terror" w radiu Mega FM, podczas trwania programu przenosiłem się w tamto miejsce. Charakterystyczny głos i pasja z jaką Shlonex opowiadał o tym, co działo się na Węgrzech, działały na mnie pobudzająco. Gdy do tego doszła późniejsza relacja w magazynie Techno Party nie przypuszczałem, że sam po raz kolejny będę doznawał tego, co inni przeżywali dziesięć lat wcześniej. Oczywiście zaćmienia słońca nie da się zorganizować, jednak czwarta wizyta na Ozorze zapowiadała się dobrze.

Czy jedzie z nami pilot?

Mam taki dar (jeśli można tak to nazwać), że gdy już raz gdzieś jestem to zapamiętuję drogi dojazdowe i ważne miejsca. Tak więc rola pilota na trasie Katowice - Ozora była mi pisana. Trasę pokonaliśmy prawie bez problemów. Prawie, bowiem w miejscowości Veszprém pod wpływem zbyt sporej ilości znaków na "Balatoncośtam" straciliśmy trochę czasu. Na szczęście dokładnie w samo południe dotarliśmy do bram raju i w "pięć sekund" zakupiliśmy bilety. Najlepsze miejscówki na obozowisko były już zarezerwowane, jednak dzięki zdolności naszych kierowców (Xanti i Zielono Mi) udało nam się zająć sporą górę, z której rozpościerał się piękny widok na pole namiotowe.

Juno Reactor

Rozpoczęcie imprezy przewidziane było na godzinę 20:00, do tego czasu zdążyłem odpocząć po podróży i zwiedzić kramiki. Tuż przed 20:00 kilka tysięcy ludzi zgromadziło się przed wejściem na główną polankę. Gdy ochroniarze pozwolili wchodzić na maina, rzeka ludzi płynęła w jego kierunku - piękny widok! Koncert Juno Reactor rozpoczął się z ponad półgodzinnym opóźnieniem. Występ Bena Watkinsa i spółki w 2008 roku był spełnieniem moich marzeń, więc powtórka z rozrywki bardzo mnie ucieszyła. Występ Juno Reactor pokazał, jak mogą się różnić koncerty tej samej grupy na przestrzeni roku. Muzyka grana na żywo, to nie to samo co muzyka z laptopa, gdzie wszystko poukładane jest od "a" do "z". Nie było gorzej, nie było też lepiej, było inaczej. Choć bis, a tak naprawdę druga część koncertu była rewelacyjna. Szkoda tylko, że tym razem Ghetto Priest miał gorszy kontakt z publiką. Rok temu na jego okrzyk "ijoooo ijojojoooo" na mainie wszyscy głośno odpowiedzieli, w tym roku niemal przeszło to bez echa. No ale czego się spodziewać od niemieckich elfów, francuskich rusałek i węgierskich listonoszy. Przez niemal cały koncert stali i nie wiedzieli jak się bawić przy tej muzyce. Ważniejsza była zabawa laserkami, które na polskich odpustach można było kupić 5-6 lat temu. Taki koncert to było zbyt wiele dla młodych słuchaczy. Dziwią mnie opinie wielu osób po tym koncercie - Juno Reactor nie od dziś daje takie koncerty, a związek Bena Watkinsa z psytrance jest już znikomy. Co innego śmieszne Infected Mushroom, a co innego Juno Reactor z żywymi instrumentami i brzmieniem innym niż to co znajdziemy na płytach. Widocznie nie do wszystkich przemawia taka forma prezentacji psychedelicznej muzyki.

11-14.08.2009

Przez kolejne dni dobrej muzyki nie brakowało. Wtorkowy poranek zdominował progressive trance z rewelacyjnym live actem Liquid Soul oraz kolejny niezły występ Andromedy. Pierwsza doba Ozory 2009 zakończyła się występem Szwedów z Son Kite, którzy zaprezentowali nowy materiał w klimatach minimalu. Następne dni przyniosły kolejne dobre występy, do ich grona można zaliczyć występ Chromosome, Echoteka, Jaia, Vibrasphere, Total Eclipse oraz Hallucinogena. Wszyscy ci artyści zaprezentowali nowy materiał połączony z kilkoma starszymi nagraniami, nie dotyczy to Hallucinogena, który zaprezentował materiał znany już chyba na całym świecie - oczywiście "aranżacja", jeśli można tak powiedzieć, znanych utworów była inna niż to co można znaleźć na płytach, za to Simonowi należą się brawa. Szkoda, że podczas jego występu nagłośnienie lekko przycichło i by odbierać jego powykręcane dzieła trzeba było stać w okolicach nagłośnienia. Do piątku 14.08 z DJów najlepiej zaprezentował się Lucas, a na Chillu grupa Pupilla Project, która w ubiegłym roku zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. W tym roku było bardziej parkietowo, ale i tak ich występ bardzo mi się podobał.

14-15.08.2009

Jako że do tej pory wszystkie noce przespałem, postanowiłem, że piątkowa noc i sobotni dzień będą należały do mnie. W związku ze zmianami w timetable planowany na piątek Zen Mechanics zagrał 18 godzin wcześniej, a Pleiadians i Etnica zostali przeniesieni na piątek/sobota. Noc rozpoczął jednak DJ Oleg. Jak na niego przystało zaserwował solidna dawkę melodyjnego i energetycznego psytrance, przy którym nogi same rwały się do tańca. Ten sam klimat podtrzymali panowie z Pleiadians. Maurizio Begotti i Max Lanfranconi rozgrzali publikę do czerwoności. Warto zaznaczyć, że był to live z prawdziwego zdarzenia. Maurizio ostro kręcił gałami, a Max wymiatał przy konsolecie. Następnie Max Lanfranconi już jako Etnica zagrał seta, w którym umieścił sporo nagrań w.w. projektu, oczywiście nie zabrakło "Triptonite" w wersji tanecznej. Około godziny 1:30 pojawili się Johan Krafft i Jonas Pettersson, czyli Logic Bomb i jak to na nich przystało zaserwowali nam dawkę solidnego psytrance. Kolejną atrakcją tej nocy był set Christof Drouillet (Absolum). Ponieważ jego "blaszaki" już mi tak nie robią jak kiedyś, postanowiłem czas spędzić w labiryncie. Nocna wizyta w tej jednej z rozrywek Ozory wraz z dźwiękami dochodzącymi z maina to bardzo ciekawe spędzenie czasu. Na Mainfloor powróciłem, gdy grali Transwave, niestety forma moich faworytów już nie ta i niczym specjalnym mnie nie zaskoczyli, a forma live actu była słaba. To czego nie uczyniło Transwave świetnie zrobił DJ Doc, który poleciał z nagraniami w klimacie Braincella. Im bliżej wschodu słońca tym lżej, aż wreszcie około 7:00 stery przejął Silicon Sound i sobotni poranek 15 sierpnia uczynił najlepszym porankiem wszystkich Ozor na których byłem. Na początku zaprezentował swoje najbardziej znane utwory, następnie przeszedł w bardziej progresywno-minimalowe klimaty, a na koniec ponownie powrócił do melodyjnej dawki porannego psytrance. Francuskie natarcie trwało w najlepsze, bowiem następnym grającym był L'Elf z Turbo Trance Records. I tak jak na poprzednich edycjach Ozory mieszał nowe i stare nagrania, tak teraz zaprezentował bardziej minimalne oblicze. Wprawdzie początek jego seta nie przypadł mi do gustu, jednak im grał dłużej tym było lepiej! Na szczególne wyróżnienie zasłużył także Allaby, bałem się, że będzie się starał zagrać pod publikę i narzucić tempo, a ja miałem już prawie 13 godzin zabawy w nogach. Na szczęście cały materiał był utrzymany w tym samym klimacie, przez co występ Allaby dla mnie był czymś wspaniałym. Niestety nie mogę tego powiedzieć o kolejnym grajku tego dnia. Był nim chorwacki DJ Dovla. Cóż takiego zagrał, że odechciało mi się zabawy? Clicki i inne wynalazki i to przez trzy godziny! Allaby zagrał tylko godzinę, a Atmosowi nie chciało się wcześniej zacząć, więc Dovla miał bonusową godzinę. Ta muzyka była tak nudna, tak monotonna, że aż się dziwię, że ludzie się bawili. Ciągłe "tyry tyry tyry click" może doprowadzić do obłędu. W dodatku Dovla tak poprzekręcał "gały", że bass wibrował powodując drżenie wszystkich organów, pomimo tego, że stało się bardzo daleko od nagłośnienia. Z utęsknieniem czekałem na występ Atmosa, który wprawdzie nie zaskoczył niczym nowym to jednak jego nagrania brzmiały już o wiele lepiej.

Are You Shpongled?

W sobotę 15 sierpnia o godzinie 21:30 rozpocząć miał się koncert Shpongle. Już niespełna godzinę przed koncertem ludzie zgromadzili się na polu przed wejściem na maina - ochroniarze pilnowali by nikt wcześniej nie pojawił się pod scena. Gdy "taśmy" zostały zerwane, tłum ludzi rzucił się do biegu, tak by zająć jak najlepsze miejsce pod sceną. Był to piękny widok - jeden z najpiękniejszych na tegorocznej Ozorze. Tyle ludzi w jednym miejscu! Rozpoczęcie koncertu troszkę się opóźniło, jednak gdy już cały zespół pojawił się na scenie zostaliśmy przeniesieni do innego świata muzyki. Moc "żywych" instrumentów sprawiła, że dobrze znane nagrania brzmiały inaczej. Stanie blisko sceny poza minusem wielkiego ścisku ma to do siebie, że można przyglądać się muzykom podczas grania. Fajnie widzieć, gdy artysta mocno wczuwa się w swoją rolę i przy pomocy instrumentu stara się przekazać publice olbrzymią dawkę energii. A tej było sporo. Dochodziło nawet do momentów, gdy jedna z pań "rzuciła" się w tłum. Publika psytransowa to chyba nie jednak ten klimat i pani zbyt daleko na naszych rękach nie "popłynęła". Co innego pani, która pod wpływem muzyki lekko się roznegliżowała - przyznam, że było na co popatrzeć. Zawiesić oko można było także na towarzyszących grupie tancerkach, które w karnawałowych strojach pojawiły się na scenie. Podczas niespełna dwugodzinnego koncertu nie zabrakło największych hitów grupy z "Around The World In A Tea Daze" na czele.

Ostatnie 17 godzin

Po Shpongle zagrał DJ Alpha. Jego "napierdalatory", bo inaczej nazwać tego nie można sprawiły, że na dobre dwie godziny zniknąłem z maina. Powróciłem dopiero gdy swój live act zaczynał Prometheus. Benjamin Vaughan już po raz kolejny udowodnił swoją klasę. Połączenie starych nagrań z tymi, które do tej pory nie zostały wydane, było świetnym rozwiązaniem. Podczas występu Prometheusa z rewelacyjnym spektaklem fireshow wystąpił węgierski kolektyw specjalizujący się w tego typu pokazach. Połączenie ognia, tańca i żonglerki z muzyką Prometheusa było naprawdę rewelacyjnym pomysłem. Niedzielny poranek to świetny występ Blue Planet Corporation, który w swym występnie zaprezentował nam swoje największe hity. Później DJ Regan z Nano Records świetnie przygotował publikę przed występem Tristana, który kolejny już raz pokazał, że w tym co robi jest mistrzem! Mam nadzieję, że ze swoim najnowszym albumem nie będzie czekał zbyt długo. Ostatni występ Ozory 2009 to live act "nieśmiertelnego" Martina Freelanda bardziej znanego jako Man With No Name. Nie zabrakło takich killerów jak "Teleport" (dla mnie nierozłącznie związany z Mauserem) i "Possessed" oraz mojego ulubionego nagrania "East 98 Street" z ostatniej płyty MWNN. Jak to zwykle bywa ostatni występ nie kończy się planowo, tylko artysta "bisuje" dwa, trzy razy. Publika oczywiście chciała jeszcze więcej, ale mainfloor Ozory zakończył swoje "nadawanie" w roku 2009 tuż przed godziną 17:00. Następnie ludzie przenieśli się na Chillout, gdzie czterogodzinny występ dał Ott.

Plusy

Organizacja Ozory jak zwykle stała na najwyższym poziomie. O kilkukrotnie czyszczonych ToiToiach w ciągu dnia wiedzą już chyba wszyscy. Górne prysznice doczekały się wreszcie "wylewki", przez co nie było już takiego błota. Szkoda tylko, że zrezygnowano z prysznicy integracyjnych, jak dla mnie rozładowywały one "szybciej" korki w oczekiwaniu na prysznic. Osobiście takich problemów nie miałem, bowiem prysznic brałem wcześnie rano i wówczas kabiny były puste. Na wielkie uznanie zasługują także panie sprzątające teren festiwalu. Codziennie w trakcie jego trwania oraz w przerwach na mainie idealnie czyściły teren ze śmieci. Wiadomo, że jak się zapłaci to się ma, ale to i tak w niczym nie przeszkadza temu, że te panie robiły wiele dobrego. Wchodząc na teren festa otrzymywało się coś w rodzaju "popielniczki" na pety. Jak to oczywiście z ludźmi bywa, jedni z nich korzystali, drudzy już nie. Dekoracje na mainie były inne niż do tej pory. Obawiałem się, że w nocy mogą się słabo prezentować, jednak gdy w akcji zobaczyłem diody, moje obawy szybko minęły - w dzień dekosy wyglądały świetnie. Na Chillu pod względem dekoracji było poprawnie, fluoro "mozaiki" pięknie wyglądały zarówno w nocy jak i w dzień. Dodatkowe atrakcje takie jak kramiki z ciuchami, jedzeniem i napojami cieszyły się ogromną popularnością. Ja jak zwykle stołowałem się "pod strzechą", jednak kolację starałem się jeść w różnych miejscach . Do gustu najbardziej przypadła mi włoska pizza. Za 5 euro otrzymywało się dość sporą pizzę z wieloma składnikami. Jedynym minusem, ale bardzo małym, było to, że ekipa przygotowująca pizze wieczorami i w nocy miała coraz większą fazę i zamiast przygotowywać pizzę woleli rozmawiać z klientami. Często trzeba było brać to co dawali, a nie czekać na zamówioną pizze. Karuzele, labirynt oraz różne warsztaty to już stałe atrakcje Ozory i zapewne każdy choć raz z nich skorzystał.

Minusy

Mainfloor kojarzy mi się przede wszystkim z radością i zabawą, dlatego kilkukrotny widok karetki na mainie niestety mnie zasmucił. Nie mam zamiaru dochodzić tego co było przyczyną zasłabnięć ludzi. Wiem tylko, że jest to widok smutny i nie pasuje do mojej wizji dobrej zabawy. Przykre dla mnie było także to, że wystarczyło przejść się obok kilku obozów i zamiast wrażeń tanecznych / muzycznych / mistycznych itp. usłyszeć można było "jak co kogo porobiło". Wszystko jest oczywiście dla ludzi, jeśli jednak coraz częściej ludzie będą przybywać na tego typu festiwale tylko dlatego, że można się bez problemu "zajebać" to stracą one swój urok. Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie. Minus muzyczny za to, że nie zaprosili choćby jednego DJa lub producenta, który poleciałby z progressive trance rodem z Blue Tunes Recordings, Spin Twist Records lub innych labeli wydających płyty w klimatach "pompującego progressu". Jeden Liquid Soul wiosny nie czyni. Zamiast tego otrzymaliśmy jakieś wynalazki w postaci setów Petera Didjitala, Ansa i wspomnianego wcześniej DJa Dovla. Niestety muzyka grała nie tylko na głównej scenie i chillu. Samozwańczy DJe ze swymi małymi soundsystemami katowali ludzi na polu namiotowym. Gdy jeden sound system zamilknął, drugi rozpoczynał nadawanie - i tak na okrągło. Szczególnie uciążliwe było to w nocy oraz dzień po zakończeniu imprezy.

Moja czwarta wizyta na Ozorze przeszła do historii. Muzycznie jestem zadowolony, choć zdaję sobie sprawę z tego, że jest wiele projektów, których na Ozorze zabrakło, a bardzo bym chciał usłyszeć je na żywo. Zapewne dlatego za rok prawdopodobnie wybiorę się gdzieś indziej. Choć z drugiej strony Ozora ma w sobie to "coś", co przyciągało mnie w te miejsce tyle razy.

Styropian