Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

11.08.2009 - ozora festival 2009 (JetMan)


Miejsce: Ozora, Węgry
Data: 11-16.08.2009

Od czego by tu zacząć?

Z pokręconego Brighton razem z Emilią udaliśmy się pociągiem, a następnie metrem w kierunku lotniska Luton, skąd bezproblemowo dolecieliśmy do Budapesztu. Tam, po krótkim oczekiwaniu, zapakowaliśmy się do busa węgierskiej sieci transportowej, który sprawnie dowiózł nas do miejsca docelowego. W tym miejscu podziękowania dla węgierskiego kierowcy, którego wszyscy pasażerowie przekonali do zatrzymania się na stacji benzynowej celem zakupienia rozmaitych niezbędników. Pod bramki dotarliśmy w niedziele około godziny 22:00, jak się okazało Neogen z Adą dosłownie siedzieli nam na ogonie i kilkanaście minut później udało nam się dotrzeć do obozowiska, gdzie byli już rozłożeni Templar, Paproch, Nomatrixx, Ania, Ilona, Beata i Jarek. Namiot udało nam się rozłożyć w 45 minut, wg instrukcji powinno to trwać kwadrans, ale kropiący deszcz i pora dnia zweryfikowały te dane. ;)

Nie ma co się rozpisywać nad niuansami życia w obozie, który zresztą wyglądał całkiem profesjonalnie. :) Wraz z upływem godzin w powietrzu wyraźnie czuć było narastające napięcie przed oficjalnym startem. Zresztą we wtorkowy poranek rozbudził mnie genialny "M.A.R.S." Ace Ventury, dochodzący jeszcze z chilloutowego soundsystemu, na którym cala noc rozgrzewano publikę. Wiedziałem, że będzie dobrze. Sama ceremonia otwarcia, która zresztą mnie nie zawiodła, była świetna. Byli tacy, którzy narzekali na przeciąganą introdukcję, ale osobiście uważam, że było w sam raz. Warta odnotowania była możliwość posłuchania na żywo mocy hand druma na tak wspaniałym nagłośnieniu. Juno Reactor mnie nie zawiódł. Minimalnie zbyt mało transowo, ale jednak był to live act z prawdziwego zdarzenia. Niektórzy narzekają, że "wodzirej" za dużo mówił. Owszem, ale w końcu trzeba jakoś podgrzać atmosferę, a przecież nie mogli zagrać identycznie jak rok temu. Z drugiej strony poza tekstami "jak się czujecie?" było tam też trochę znacznie ciekawszych słów - nie wiem czy ktokolwiek to jeszcze pamięta. We are one! Ceremonia otwarcia z mistycznie sunącymi w powietrzu lampionami, cykady tysięcy świerszczy i wreszcie nieprawdopodobnie transowe cuda wygrywane na bębnach - to jest to!

Co do wykonawców, wspomnę tylko o kilku z nich.

Ocelot - klasa sama w sobie. Warto było ruszyć się z namiotu wczesnym rankiem aby go posłuchać. Jaia ucieszył wszystkich świetnie dobranymi numerami, które ku uciesze tłumów obniżały nieco piekielnie wysoka temperaturę... Atmos - pokazał klasę. Wysoki poziom skoczności jego kawałków nabrał innego wymiaru na ozoriańskim soundsystemie. W momencie gdy czekałem na Pleiadians - i tak juz opóźnionych, gdyż line up nieco się rozminął w czasie z oficjalną wersją, do moich uszu dotarło znakomite granie niejakiego Olega, który pocisnął fantastyczne w pełni psychodeliczne numery, w tym wisienka na torcie - "Cosmosis - The Eternal Now". Co zabawne, prowadziliśmy wówczas z Tretekiem i Kaska dyskusje o istnieniu teraźniejszości jako jedynej rzeczywistości, wpływach religii oraz matrycach podświadomości. Cóż za dziwny "zbieg okoliczności". ;) Pleiadians zagrali bardzo dobrze, chociaż momentami było to granie "pod publikę" i zahaczało nieco o techno-disco, ale taki juz niekiedy ich styl. Zapamiętałem także występ Kraaka - gość miksować za bardzo nie potrafił, ale numery które serwował ("Astral Projection - Mahadeva"!) oraz dobre wyczucie chwili zrekompensowały ten minus - w momencie, gdy nastąpiło oberwanie chmury momentalnie usłyszeliśmy kultowy, szamański kawałek Sonic Fusion - co wprawiło tańczących na parkiecie w istny szal. Takich chwil się nie zapomina... Hallucinogen wypadł dobrze. Swoim materiałem pokazał klasę, chociaż wiadomo było, ze publiczność czeka na "LSD" czy "Shamanix" i "musiał" to zagrać, to i tak było wyśmienicie. Co do wyczekiwanych przez wszystkich Shpongli powiem tylko tyle, że po ich ubiegłorocznym występie w londyńskim Roundhouse zaprezentowali jedynie skrawek nowego materiału i z nieco mniejszych rozmachem - ale to już "wina" ozorowej sceny, która z natury nie jest przygotowana do wprowadzania na scenę kilkunastu tancerzy / tancerek i różnorakich performance. Mimo to, ogromne ognisko i buchające z niego wysoko w powietrze iskry gromadzące tłum ludzi, plus fantastyczne fireshow (miałem niewątpliwą przyjemność być 0,5 metra od kilku tancerek - nieprawdopodobne wrażenia! :D) wypuszczane w powietrze lampiony czy fajerwerki doskonale zgrane z muzyka robiły wrażenie. Tristan zagrał znakomicie, po raz kolejny udowodnił swoja klasę nie tylko jako DJ, ale również jako producent wyśmienitego, kopiącego tyłek psytransu. System nagłaśniający Ozorę wydawał się wręcz stworzony do takich utworów i dopiero głośniki tej klasy były w stanie udźwignąć moc jego muzyki. Lekko surrealistycznego posmaku dodawała ekipa siedząca w wielkiej, wysuniętej kilka metrów nad ziemia, łyżce koparki nagrywająca na kamery materiał zapewne do mającej się ukazać oficjalnej relacji z Ozory na DVD. Kolejna rzecz, która przykuła moje oko to cala masa ludzi z przepięknymi tatuażami. Dodajmy, transowymi. Niektóre zapierały dech w piersiach - można by z tego stworzyć osobna fotorelację. Wreszcie - Man With No Name - perfekcyjne granie, nie tylko ze względu na kultowy "Teleport", ale również za resztę materiału.

Chillout był arcygenialny. Cudowne, bardzo szczegółowe dekoracje, "duch" ochronny w jego centrum, przypominające "holograficzne" projektory i wszędobylski pozytyw. Można było naprawdę odlecieć. Taki mały szczególik - podczas któregoś wieczoru spadla i stłukła się świetlówka UV, zawieszona na obrzeżach namiotu. Kilka godzin później teren był już posprzątany, a nowa lampa - zainstalowana. Wielkie brawa dla organizatorów! Agresji wśród imprezowiczów - nie stwierdzono. Cóż, tak ma być. To powinna być reguła na wszystkich eventach. :) Mógłbym tak jeszcze wymieniać i wymieniać... ale jak przelać uśmiechy ludzi i wszędobylską swobodę wyrażania siebie na zlepek literek? No właśnie. Tego po prostu nie da się opisać. Trzeba tam być.

Wady?
Były.

Po pierwsze - jak można po live act Shpongli ustawić DJa, który kilkanaście sekund po zejściu ze sceny Posforda i Raja Ramy z ekipa zaczął łoić darki?! To jakieś gigantyczne nieporozumienie. Nie tylko ja widziałem w tym miejscu line-upu goa czy jakiekolwiek inne, rasowe psy. Upał. No cóż, bóg Słońce nas nie rozpieszcza i serwował prażynkę przez większość dni. Ale to raczej dobrze. Deszcz. Padał. Momentami zdawało się, że tak będzie już zawsze. Ale na szczęście nie było tak źle. Zimno. Dwie noce były dość chłodne. Ale od czego są ciepłe ubrania. ;) Prysznice. Trochę ich było za mało. Czas stania w kolejce w godzinach szczytu - godzina. Dużo to, czy mało? W tak doborowym towarzystwie nie było miejsca na narzekanie. Błoto. Powstawało głownie po opadach, ale również ze względu na brak solidnego odpływu z pryszniców, obok których byliśmy rozbici. Tworzyło to chwilami solidna "rzekę" przez którą niektórzy przeskakiwali, inni obchodzili a jeszcze inni - wpadali w nią bezpośrednio. ;) Kilka osób miało problemy z wydostaniem się swoimi samochodami, ale z pomocą innych - wszystko dobrze się kończyło. Ludzie. Cóż, trochę nie na miejscu było słyszeć jakieś rockowe piosenki wygrywane z samochodowych głośników osób, które z psytransem wiele wspólnego nie miały i przyjechały głownie na "camping". To akurat minus, bo nie spodziewam się na psytransowym feście usłyszeć Deep Purple, ale tak to juz jest. Przy tak dużej ilości ludzi - nie do uniknięcia. Darki. Niektórzy postanowili zorganizować sobie "festiwal w festiwalu" i rozkładali ścianki głośników, skąd zazwyczaj leciały ciemniejsze strony psychedelic. O ile jestem w stanie to zrozumieć przez kilka godzin, tak łojenie 2-3 dni non stop tego samego tematu w kółko pokazuje, że nie wszyscy pojmują na czym ma polegać festiwal muzyki psytrance. Ale tak to już jest. Jedzenie i ceny. Zdarzało się, że kasjerki liczyły sobie 1-2 euro za dużo przy płaceniu euro. Ale to też nie dziwi. Zarobek życia. :)

Plusy? Wszystko to, co juz napisałem oraz cala reszta... Śmieci były. Całkiem dużo. Ale były zbierane! Jedzonko. Przepyszne. Rozmaite. Do wyboru, do koloru. Hot dogi? Psy-pie? Langos? Albo smakowite spaghetti bolognese? Wegetariańskie jadło? Pyszne gyrosy? Do tego warsztaty jogi. Albo masaże Zen. Cud, miód i orzeszki! Sklepy, kramiki, płyty, kadzidła, ciuchy. Wszystko, czego dusza zapragnie. Gigantyczny sandwich ze świeżymi warzywami o 6 rano - coś pysznego. Chai. Mleko. Cynamon. Herbatka. Galka muszkatołowa. Pychota. Jeśli tak ma wyglądać komercjalizacja sceny - to jestem za. Wszędzie uśmiechnięte mordki. Zero negatywnej energii. Psy. Oraz wszelakie zwierzątka. Nie sprawiały kłopotu, dodawały uroku - sama natura. Żadnych problemów, żadnych "pogryzień". Same pozytywy. Nie wyobrażam sobie psytrance'owego festiwalu z zakazem sprowadzania zwierząt. Kino. Mocno psychodeliczne. A poza tym takie smaczki jak trylogia "Matrix"... klasa sama w sobie. Ochrona. Dyskretna, ale obecna. W momencie występów największych tuz sceny - pojawiała się tyraliera ochraniarzy sprawdzająca pole namiotowe, które wówczas zazwyczaj opustoszale było łakomym kaskiem dla nieuczciwych osobników. Wielkie brawa za sprawna organizacje. Ludzie.
Osobny akapit. Masa pozytywu i dobrej energii. Kumulacja pozytywu i fascynacji najpiękniejszą muzyka na świecie. Każdy człowiek to historia, wszyscy nieśli w sobie magie tej muzyki. Była również pewna ilość ludzi którzy wpadli "bo po prostu cos łupało" ale niknęli w tłumie kuglarzy, fascynatów i magików tworzących tą scenę. Z niektórych ludzi bilo wyjątkowo mocne światło, takich ludzi u siebie spotykam mało albo wcale (Oliwia i wcale nie pisze o Was ;)).

Ozora 2009 okazała się dla mnie pierwsza Ozorą w ogóle - podsumowując to wydarzenie muszę przyznać, że większa ilość ludzi ten teren pomieści, ale to już nie będzie to samo. Ten rok był maksymalny pod tym względem. Więcej nie potrzebujemy, gdyż zamieni się to w coś w stylu psy-Woodstock. ;) Za dużo samochodów, hałasu i przypadkowych osób. Zobaczymy co organizatorzy wymyślą za rok. Moje rady - mniej samochodów, więcej pryszniców. Co do muzyki - każdy mógł znaleźć coś dla siebie. I na sam koniec trochę obowiązkowej prywaty - Styro, dobrze było się znowu spotkać. Keep up the good work. Kaśka (Marionowa ;)) - prorokiem nie jestem i nie będę. ;) Kaśka (SpaceGirl) - tutaj tylko chwila ciszy. ;) Błażej - zbieranie rzeczy bywa trudne, ale to tylko gra. Pamiętaj. :D Templar - Brak słów. Nie zmieniasz się od lat. :D Emila - bez Ciebie ten fest nie byłby tak udany. Paproch - szacun za to kim jesteś. W prywacie nie umieszczono ani grama wazeliny. ;) Ludzie - przyjeżdżajcie na Ozore! Tam trzeba być! Było bardzo dużo ludzi, chwilami czuć było przypadkowość i komercje. Muzycznie - miałem większe oczekiwania, jednak! Ale - mimo wszystko ten festiwal się obronił. Dzięki wszystkim! Wierze, ze magia tego festiwalu nadal będzie przepływać przez wszystkich bez zakłóceń, a sam już planuję urlop na następny rok. :)

Jednym słowem - Ozoooooraaaaaaaa!!!
Jesteśmy jednym. Wszystko jest wszystkim.
...a Ocelot i tak mógł zagrać repertuar z "Psymatixa" ;)

JetMan