Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

11.08.2009 - ozora festival 2009 (Autovidol)


Miejsce: Ozora, Węgry
Data: 11-16.08.2009

Co wydarzyło się na Szpungielu: sprawozdanie w stylu gonzo z festiwalu Ozora 2009

Plakat Stalina i Bieruta, obaj z dolepionym indyjskim trzecim okiem i podpisane "Galaktyczna Federacja Freaków przedstawia: Stalin i Bierut patrzą w lepszą przyszłość". Za postaciami wyrasta piramida z wielkiej płyty.

Niezwykłe. To słowo towarzyszyło mi przez czas trwania koncertu. Wyrafinowane, ludyczne, kosmiczne i szyderczo dowcipne. Stojąc na skraju góry, której zazieleniony stok zwijał się jak dywan w stronę sceny, nasłuchiwałem uważnie dźwięków dochodzących z niecki. Nade mną roztoczył się galaktyczny melodramat - tysiące konstelacji, czerń między nimi wypełniona świętą geometrią i kilka kwadrantów, opanowanych przez wojnę międzygwiezdną. Pewnie już się domyślacie, że opanował mnie kwas. Mój stan był nieuniknionym efektem przyjazdu na festiwal Ozora 2009. Nie za bardzo wiedziałem czego mam się spodziewać po tej imprezie. Wyobrażałem sobie eko-wioskę, nową generację hipisów i mnóstwo glowing sticków, wszystko to połatane nićmi dziwności i alienacji. Czekało mnie odmienne doświadczenie. Zamiast gimnastykować zaangażowania politycznego, musiałem co chwilę świecić portfelem. Doliny, w których rozkraczył się kosmaty pająk festiwalu opanowała chmara straganów. Powstało mini-miasteczko wszystkiego co podejrzanie alternatywne. Sprzedawano tam kolorowe, rave'owe ciuchy z drugiej ręki (wcześniej noszone przez elfy), koszule z batiku, ręcznie robioną biżuterię, herbatę z mlekiem i indyjskimi przyprawami, prześcieradła z obliczami Kryszny, Ganeszy, fosforyzujących grzybów lub gnomów siedzących na grzybach, gofry, lody, węgierskie langosze, kebaby i migające naszywki z liściem marihuany. Ludzie wdzierali się wartkim potokiem w każdy zakamarek tej "dzielnicy osobliwości". Wszystkie przybytki w miasteczku miały charakter prowizoryczny i stale otaczała je aura pyłu. Z garnków dobiegały aromaty wegetariańskich potraw, z imbryków woń herbaty z mlekiem, a ze stert fosforyzujących ciuchów zapachy kadzidełek sandałowych. Główna ulica tego magicznego slumsu przebiegała w pobliżu namiotu chilloutowego, gdzie 22 godziny/dobę rozgrzewali swoje płyty utalentowani DJe. W namiocie trawę przykryto wykładzinami, po to by ludzie relaksujący się przy granej na żywo muzyce, mogli leżeć. Publiczność namiotu opanowała do perfekcji umiejętności posługiwania się magicznymi papierosami. Leżąc na wykładzinie, gdziekolwiek bym się nie odwrócił, widziałem jak kręcą jointy przez 22 godziny/dobę. Jeżeli ktoś akurat tego nie robił to albo już palił, albo spał, wtulony w kogoś kto palił lub skręcał, albo siedział w kółeczku znajomych, z których jeden skręcał jointa. Charakterystyczny aromat spalanego haszyszu owijał się harmonijnie wokół zapachu kadzideł, tworząc gnostyczny wizerunek dwóch, przytulonych do siebie węży.

To nie wszystko. Główna ulica kończyła się sceną główną. Przez większą część czasu grano tam muzykę psytrance'ową - z tempem beatu, naśladującym uderzenia serca podczas gonitwy za tramwajem. Zdarzało się jednak, że na scenę wlatywało coś jeszcze bardziej innego. Tak stało się w przypadku Shpongle'a. Ten koncert uprzytomnił mi radośnie, do czego zmierza subkultura, w której się znalazłem, gdzie leżą jej nogi i w jakim kierunku patrzy jej trzecie oko. Na uboczu węgierskiej wsi Ozora usadowił się lunapark dla kwasiarzy. Alleluja. Dopiero po spożyciu kwasa zrozumiałem, że to miejsce zostało stworzone w tym celu, ukształtowało się w skomercjalizowany komplet psychodelicznych puzzli, w targowisko pełne cygańskich wróżek bez piątej klepki, brodatych kobiet i napranych tajemniczymi eliksirami akrobatów, cały ten galimatias został przedstawiony w odsłonie 2.0. O ile tradycyjne cyrki objazdowe miały mniej tajemnic niż mogłoby się wydawać, tutaj wszystko opierało się o zgłębianie tajemnicy, zaczajonej na dnie kubka, do którego wpadła kropla LSD. Ten cyrk został stworzony dla bardziej wnikliwego i nastawionego na głębsze przeżycia odbiorcy - nomen omen prawdziwą trupę spotkałem szalejącą do muzyki Shpongle'a. To był alians pomiędzy galaktyczną federacją freaków w stylu Kena Keseya, związkiem zawodowym neo-druidów i wszystkich tych, którzy noszą w sercu słodkie czasy boomu na kadzidełka i indyjskie szmatki, z połowy lat '90. Po zmroku cały ten halucynogenny bałagan przeszywały refleksy światła z transcendentalnej kuli dyskotekowej na końcu czasów, tej którą zapowiadał Terrence McKenna - zapalały się światła we wszystkich dozwolonych kolorach, lasery zaczynały przeszukiwać niebo, a lampy UV oświetlały nieliczne, białe koszule. Zanurzone w tym efekciarskim blasku pływały nakwaszone gęby psychodelicznego plebsu z całej Europy. Każdy z nich się wyróżniał. Moją uwagę zwróciły zwłaszcza tzw. typy jezusowe: długie włosy, bródka, chudzi i uśmiechnięci. Pewnego dnia wylegiwałem się w namiocie chilloutowym, kiedy jeden z nich, ewidentnie opętany przez duchy przodków, pokonywał kilka razy ten sam tor przeszkód - od skraju namiotu do parkietu. Tego najlepiej zapamiętałem. Był to typowy jezusowiec i na dodatek tak nakwaszony, że oglądanie go było jak widok kreskówki z królikiem Bugsem. Co chwilę pod nogami jezusowca wyrastały przeszkody - ludzie leżeli wszędzie, poskładało ich jak drzewa w czasie wichury. Obce postaci dziwnie mnożyły się przed nim, a do tego miałem wrażenie, że nieświadomie wybiera najbardziej zatłoczoną drogę. Jego chód odzwierciedlał sytuację. Co chwilę był o krok od przewrócenia się. Swoja niezdarną, skwaszoną wycieczkę odbył kilka razy. Ponad nim migotały ekrany z kolorowymi wizualizacjami, a ja leżałem na wykładzinie, nieśpiesznie sącząc magicznego papierosa. Przypomniałem sobie wtedy pewną sentencję, która padła w dokumencie o Hunterze Thompsonie, słynnym dziennikarzu-łajdaku, reporterze piszącym podług własnego prawidła - unikalnego stylu gonzo, zrodzonego z solidnej działalności reporterskiej i dużej dawki psychodelicznych reminiscencji. Hunter stał się ikoną nieposłusznych lat sześćdziesiątych, a słowa które mnie dosięgły dotyczyły targetu dla jego twórczości i brzmiały tak: "Thompson ujrzał, iż społeczność freaków to rynek zbytu". Festiwal, na który trafiłem był dziełem freaków przeznaczonym dla freaków. Żaden normals nie podjął by się organizacji i kapitalizacji. Prędzej gały wykręciłyby mu się w kwasowym spazmie, a chciwość wypociłby w całonocnym transie. Czy na imprezie pojawili się normalsi? Owszem - ich ambasadą była jadłodajnia w stylu afrykańskim, gdzie można było zjeść pizzę za 3,80 euro. Był to jeden z najtańszych posiłków na festiwalu. Tak się składa, że rodzina normalsów piekła pizzę. Podejrzewam, że nie podołaliby temu na haju. Do przedsiębiorczych freaków należał między innymi sikh serwujący herbatę i facet, którego hasło marketingowe naśladowało meczenie kóz: "Me-me-me-magic mushrooms!". Od tego ostatniego otrzymałem ulotkę, zachęcającą do odwiedzenia sklepu internetowego, na której był dowcipny komiks przedstawiający grupę walczących ze sobą kapłanów różnych religii. Rabin walił księgą yogina, papież poszli z mułłą na noże, a rozwścieczony buddysta unosił ciężki posążek oświeconego grubasa nad głową protestanta. Niebieski, antropomorficzny grzybek, widząc ten przesyt agresji, wziął do łapek siatkę na motyle i schwytał unoszące się nad grupą symbole religijne. Ostatni obrazek w komiksie przedstawiał grupę pobratanych kapłanów, pozytywnie odurzonych wywarem z symboli. Jak już rzekłem: Alleluja!

Pewien dziwny epizod powracał w mojej pamięci przez cały następny dzień. Stojąc w kolejce do budki z goframi wdałem się w dyskusję z dużo starszym Belgiem, który miał na białej koszulce czerwony napis "seconds" lub znak zapytania (nie byliśmy w stanie tego dokładnie ustalić). Spytał mnie czy brałem czerwoną albo niebieską pigułkę - nawiązywał do motywu z Matriksa. Rezolutnie spacyfikowałem go kłamliwą odpowiedzią "Nigdy nie jadłem ani czerwonej ani niebieskiej pigułki". Gość chyba pojął, iż nie zrozumiałem sensu jego pytania, więc próbował dociec czy gonię za białym królikiem. Znów go zawiodłem - rzuciłem zdecydowane nie. W ostatniej, panicznej próbie komunikacji wyciągnął ramię w kierunku sceny głównej, na której przed chwilą grał Shpongle i powiedział "Czy to nie jest według ciebie Kraina Czarów?", a ja na to "Tak jakby". Moja lakoniczność była efektem enigmatycznego czynnika: nie miałem zaufania do jego aury. Nie mogłem się z nim nawet przyzwoicie pożegnać, bo choć wypełniała mnie serdeczność, to dłonie miałem upaćkane sokiem z nektaryny.

Simon Posford przygotowywał się do występu. Puszczał w ruch dźwięki, odpalał sekwencery. Niebo, co i rusz przecinał wibrujący dźwięk, kawałek dźwięku, poskręcana i zsyntetyzowana nuta. Stojąc ramię w ramię z jednym z moich kompanów powiedziałem "Czuję, że coś tu się dzisiaj wykluje". Są to mniej więcej na sto procent słowa, które wtedy powiedziałem. Moje przeczucie się sprawdziło, to co wydarzyło się tamtej nocy pomiędzy Shponglem, publicznością, ziemią i gwiazdami było czymś więcej niż sumą elementów. Kiedy zaczęli grać zeszliśmy w dół do niecki, w której znajdowała się scena. Posford jest muzykiem eksperymentalistą najwyższych lotów, a przynajmniej ja tak uważam. Odpowiada między innymi za takie projekty chilloutowe jak Younger Brother, Celtic Cross, Gargoyles, Dub Trees i Anubis oraz za projekty psytrance'owe Hallucinogen czy Infernal Machine. Simon jest założycielem wytwórni Twisted Records, która skupia psy-ambientowych, dubowych i trance'owych artystów. Shpongle to jeden z najpopularniejszych w historii efektów działania psychodelicznej sceny. To dziecko Posforda i jednego z ojców psy-trance'u, brodatego, siwego Australijczyka w cylindrze, znanego jako Raja Ram. Shpongle razem z widownią tworzą maszynę chuchającą i dmuchającą z tysiąca swoich dmuchawek - jak lokomotywa, co pot z niej spływa, służąca do międzygwiezdnych wojaży. Co wydmuchuje? Strzałki pokryte toksynami tajemniczych ropuch z Amazonii? Muzykę? A może zawiesiste powietrze - smród potu, tłumu bosych stóp i mirry? Może to pierdnięcia rozpylaczy odświeżającego ozonu? W wyniku działania LSD ilość dmuchawek cudownie się pomnaża. W istocie był obecny tylko flet indyjski Raja, jednak olbrzymi, fluorescencyjny namiot, pod którym stłoczyli się ludzie, scena w szpiczastej chatce, dyskoteka wydmuchiwana razem z powietrzem na trawniki otaczające imprezę i niebo pękające od konstelacji zrodziły prawdziwą halucynację. Na scenie wypełnionej instrumentami (część z nich pozaziemskiego pochodzenia) magicy wytwarzali muzykę. W Ozorze działała manufaktura nowej atmosfery - odświeżającej, a zarazem przepełnionej cuchnącą fizjologią, nieustannie przeszywanej lancami zsyntetyzowanych dźwięków. Przebywając w pobliżu sceny w rozbawionym tłumie nie wiedziałem po czym stąpam. Nie mogłem się połapać czy to, czego dotykają moje stopy jest miękkie czy twarde. Nie potrafiłem zdecydować czy zapadam się w lepkim błocie czy miękkim pyle. Czy miałem już mokro w butach? Czy byłem spocony? Przecież miałem na sobie sweter... ale przecież sweter był cienki. Raz po raz moja świadomość formułowała pytanie "Skąd ta wilgoć?". Ostatecznie doszedłem do wniosku, że była to nasza wilgoć - wilgoć tłumu jaskiniowców na co dzień wyposażonych w elektroniczne zabawki i dosiadających metalowych dinozaurów. Mikroskopijne krople wody otaczających mnie ludzie wymieszały się z wodą w moim organizmie. Nie wiem jak i kiedy stało się dla mnie jasne, że muzycy Shpongle'a odebrali poród noosfery, euforycznej wspólnoty percepcji, przekraczającej swoim zasięgiem sumę części składowych.

Poczucie tożsamości jaskiniowej przeważało cały czas trwania tripa. Była to radosna tożsamość, dobrze ukorzeniona i zadowolona z siebie. Aspekt człowieka pierwotnego wbił się we mnie gładko jak kieł tygrysa szablozębnego. Przeszedłem inicjację na członka plemienia. Terence McKenna, słynny surfer na falach świadomości, mówił że w przypadku wyboistej fali należy cofnąć się pamięcią do czasu, gdy wszystko było w porządku i stamtąd planować dalszą drogę. Terence propagował archaiczne odrodzenie - odkrycie na nowo rytualistyki i egalitaryzmu społecznego naszych najdawniejszych przodków. Wcielenie idei odrodzenia miałyby ułatwić rośliny używane przez szamanów. Czy kwas zrobił krótkie spięcie w moich neuronach, czy istotnie otrzymałem przekaz Stamtąd? Nie wspomniałem dotychczas, iż jedząc LSD, ja i jeden z moich kompanów obiecaliśmy sobie, że spróbujemy podłączyć się do zbiorowej nieświadomości i wyciągnąć lub wyprosić od niej informacje na temat nurtującego nas 2012. Odnoszę się sceptycznie do tego rodzaju rzeczy - potrzeba naprawdę silnych substancji by postawić moje neurony w stan gotowości - jednakże nowo zdobyta tożsamość pierwotna i mnożące się w nieskończoność wizerunki świętej geometrii mogłyby zostać zinterpretowane na korzyść 2012.

Co dalej ze Shpongle'em... Opuściłem swój posterunek pod sceną, mijając po drodze całą panoramę nakwaszonych fizjonomii (między innymi oburzonego Indianina). Siedząc na trawniku w odległości pięćdziesięciu metrów od sceny, obserwowałem spektakl wywołany przez kolektyw plemienny. Obserwując gwiazdy rozciągające się ponad sceną, posłałem szyderczy channeling w przestrzeń kosmiczną: "Patrzcie jaką imprezę urządziliśmy". Widowisko sprawiało wrażenie bardzo zaawansowanej technologicznie instalacji. Jest to specyficzna cecha imprez skierowanych do plemienia nakwaszonych prymitywów - czysty dźwięk surround i olbrzymi obraz 4D, kosztowne zabawki dla niewtajemniczonych, nie mogą się równać ze spoconą, kwasową lokomotywą. To kwestia wyższości jednej technologii nad drugą.

Autovidol (enteofarmakognoza.blogspot.com)