Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

03.09.2004 - transit festival



Zdarzenie: Transit Festival
Miejsce: Benicasim, Hiszpania
Czas: 03.09 - 06.09.2004

Kiedy w końcu moim oczom ukazał się line-up na Boom Festival w Portugalii (26.08 - 30.08.2004) jasne stało się, że trzeba poszukać sobie innego planu na wakacje. Jedynym ciekawym punktem był Atmos, którego boskiego live actu miałem przyjemność posłuchać na zeszłorocznym Samothraki Dance Festival. Poza mistrzem, polskiego pochodzenia zresztą, line-up obfitował w takie czy inne odmiany full-onu. O nie, za dużo tego mamy w domu. Na szczęście długo nie szukaliśmy - kolega podsunął mi linka do strony www.transitfestival.com Tam line up wyglądał o wiele bardziej obiecująco, choć nieco tendencyjnie - większość występów firmowana znakiem Boshke Beats. Ci którzy znają ten label pewnie zrozumieją moją pierwszą reakcję czyli "O matko, czy ja wytrzymam trzy dni ciężkiego łojenia?" Ostatecznie jednak lokalizacja w Hiszpanii, piękny line up na chillout, tanie bilety lotnicze do Madrytu oraz uknuty z pozostałą trójką uczestników plan wycieczki objazdowej po Hiszpanii zakończonej festiwalem sprawiły, że kilka dni później poczułem pierwszy smak transowego festiwalu odbierając w domu kopertę z logo Triple Distilled Productions zawierającą 4 bilety, książeczkę-folder (prawie jak z biura podróży ;)) oraz ostatni numer Mushroom Magazine. Już kilka dni później mogliśmy do woli dziwić się, czemu kobieta w wypożyczalni samochodów na Aeropuerto Internationale de Madrid Barajas nie mówi płynnie po angielsku. :) Szczegóły naszego road tripu zostawię na inną bajkę. Z całą pewnością udzieliła nam się hiszpańska Manana - sprawę z tego, że następnego dnia gdzieś koło Valencii zaczyna się festiwal, zdaliśmy sobie gdzieś za Gibraltarem :). No to grzejemy na północ, 900 km w dobę po drogach obfitujących w Curva Peligrosa, noc w hotelu "Citroen Xsara" i daliśmy radę.

Festiwal miał miejsce w miejscowości Benicassim (lub Benicasim) koło większego miasta Castello (lub Castellon, Hiszpanie jakoś nie mogli się zdecydować jeśli chodzi o znaki :)). Miejsce ze zdjęć na stronie i mapy wydawało się ładne - góry i morze, w rzeczywistości jednak cieszyliśmy się, że festiwal to tylko kawałek naszego wyjazdu i mieliśmy okazję wchłonąć tę piękniejszą część Hiszpanii. Plaża w Benicasim nosiła wszystkie znamiona turystycznej zwałki, miasto także, a sama miejscówka festiwalu była malowniczo położona między drogą krajową, autostradą i torami kolejowymi. No w sumie można winić naszą inteligencję, że nie domyśliliśmy się po nazwie. :) Nic no, przyjechaliśmy dla muzyki, mijając grupki między innymi japońskich freaków napieramy do recepcji. :) Tu następna niespodzianka - "obrączkująca" dziewczyna i chłopak z wyglądu i akcentu przypominają... Rosjan. :) Ahhh tak, Boshke...

Zaobrączkowani, rozbijamy namioty. Fajnie, że cały festiwalowy camping przykryty jest płachtami zapewniającymi cień. Jednak chmury i silny wiatr z gór wyraźnie wskazują na to, że lada moment chluśnie i to konkretnie. Po wizycie w mieście, zaopatrzeni w znakomite i tanie hiszpańskie wino, o zmroku wracamy na festiwal. Według line up'u miał właśnie zaczynać Tetraktys, tymczasem na mainfloorze ani dudu. Nic to, Manana, mamy hiszpańskie wino, jesteśmy na wakacjach. Z winem łatwo nawiązuje się kontakty, pierwszą grupką freaków z którymi się zaprzyjaźniliśmy byli... oczywiście, Rosjanie Nie ma to jak pogadać w Hiszpanii z Rosjanami, dzięki wyniesionym z podstawówki umiejętnościom, po rosyjsku. Otrzymaliśmy od nich istotne informacje - "kagda wietier iz gor, dożdżczu nie budziet" oraz, że rozpierdolnik na głównej scenie (po ichniemu "razpizdziec" :)) zawdzięczamy ulewie poprzedniej nocy. Spotkaliśmy jeszcze otoczonego gromadką Hiszpanek Meksykanina (ten to ma łatwo, nawet nie musi uczyć się języka), grupkę ludzików z Finlandii którzy byli też na Boomie - narzekali na nagłośnienie i muzyczną rąbankę.

Pierwszy live act - francuski projekt Tetraktys - okazał się wielką ściemą. Koleś w ogóle nie zagrał live tylko jakieś kawałki z płyt, w dodatku nie jego. Okazało się również, Rosjanie są kiepscy w meteorologii - MEGA TURBO DESZCZ zrobił ostateczny "razpizdziec" na scenie i w line-upie... Udaliśmy się na chillout, po drodze spotykając bardzo sympatycznego gościa - Francuza Christopha, najwyraźniej jednego z głównych organizatorów (Hiszpański festiwal organizują jak wiadomo Rosjanie do spółki z Francuzami). Christoph wiedział wszystko co i jak na festiwalu, nawet to, że nowy line up powstanie niebawem. Well, Manana. :) W chilloucie, z braku głównej sceny, zagrał swojego seta Alex Droid. To był początek dobrej zabawy i muzycznego spełnienia - porcja energetycznego, świeżego transu momentalnie porwała nas do tańca. Sam chillout umieszczony w dużym namiocie był prawdziwym dziełem sztuki grupy Tribe of Frog. Ogromne kolorowe motyle, rośliny i inne dekoracje tworzyły super klimat. Ten sam team dekorował chillout w zeszłym roku na Samothraki i muszę powiedzieć, że tam pasował znacznie lepiej - poczułem lekką nostalgię za piękną, czystą naturalną wyspą, z dala od urban terroru, autostrad i turystów. Po secie Alexa trzeba było iść spać, odespać podróż i całe to zamieszanie.

Następnego dnia powitał nas nowy line up - jako pierwszy gra Deedrah! W piekącym słońcu słuchamy jego live actu - spodziewałem się, że będzie grał w stylu nowej płyty. Niestety wybrał z niej najgorsze numery i zrobił z tego siekę. Mało porywająca muzyka i słońce sprawia, że nie chce się tańczyć - opuszczamy festiwal i udajemy się do Benicas(s)im. W drodze do samochodu spotykamy barwną postać - Briana z New York City "...few days ago I've been to a shitty party called Boom..." - mieliśmy nosa :). Co za koleś z tego Briana, gada jak amerykańska telewizja. Można by o nim długo mówić, człowiek-zagadka, sprząta dancefloor a potem rzuca puszkę sardynek na tory kolejowe, rozwala się gokartem i przesypia The Deltę na którą głównie przyjechał :).

Wróciliśmy na festiwal na live act Fuzzion - Rosjanin :) spod znaku Boshke Beats zaserwował nam wcale nie ciężkie, za to wspaniałe, eksperymentalne granie. Jego styl odbiega znacznie od klasycznie pojętego transu, ale nie ma w tym nic złego. Określając jego granie jako mieszankę minimalu, clicków i electro na pewno nie dam Wam wyobrażenia, to trzeba było usłyszeć. Dawno nie słyszałem czegoś tak nowatorskiego i świeżego. Po występie pogadaliśmy z nim trochę, mówił, że przymierza się do wydania płyty w tym stylu. Czekamy z niecierpliwością.

Po Fuzzion zagrał niemiecki projekt The Delta. Moim zdaniem najlepszy performance na całym festiwalu. Potężna, miażdżąca muzyka, mroczne gwiezdne dźwięki z krańca galaktyki. Live act The Delty przypominał kosmiczną epopeję. W tym miejscu wspomnę stronę wizualną festiwalu - projekcje zapewniał amerykanin VJ DMT (Digital Media Therapy :) i były to z całą pewnością najlepsze wizualizacje jakie widziałem w życiu. Nic się nie powtarzało, technicznie mistrzowskie i idealnie dopasowane do muzyki. Do tego The Delta ściągnęli Vivid Group (www.vospertron.com) - grupę tancerzy w kombinezonach, state-of-the-art pod względem choreografii i techniki. Tańczyli Capoeire, a ich kombinezony były całe czarne, oplecione jasnozielonym neonowym szkieletem. W ultrafioletowym świetle wyglądali jak szkielety komputerowo generowanych obiektów nałożonych na rzeczywistość. Do tego w kombinezonach mieli zamontowane motion sensory - w czasie
rzeczywistym byli skanowani w 3D i ich trójwymiarowy wireframe rzucany na wizualizację! Jakby tego było mało, neony ich kombinezonów miały chyba sieć bezprzewodową, bo mogły zapalać się i gasnąć do beatu!. Dla czegoś takiego warto było przyjechać na ten festiwal.

Kolej na X-Dream - ich live act okazał się totalną kompromitacją. Leader grupy o wyglądzie metala w długich herach, w czarnej koszulce z białą czaszką, ryczący do mikrofonu, do tego podstarzała blondynka, która chyba bardzo chciałaby być Pamelą Anderson zapewniająca wokale, o muzyce nie wspomnę bo aż dziwne, że jeden z tych kolesi jest też częścią The Delta. Co on tu robi? Lepiej chyba iść spać.

Dzień następny - obudził nas DJ Laureth z niemieckiego Plusquam Records świeżutkim, trzygodzinnym, morninogowo-progresywnym setem. Świetny początek dnia. Potem zrobiło się gorąco, więc ewakuacja z festiwalu. Wróciliśmy jak zwykle po zmroku, jak zwykle z winem :). Tu niezły film - przy wejsciu na dancefloor stoi jakis ochroniarz i pokazuje halt, z winem nie możemy. Coo takiego, na ruskim festiwalu? :) Na szczęście zaraz napatoczył się Christopch, z tekstem do jednej z naszych koleżanek "Be smart, be pregnant" :)))). No więc za drugim podejściem, z winem pod bluzką koleżanki ;) atakujemy prosto na Metalogic (Kanada) vs Alex Tolstey (wiadomo ;). Dobre, szczere łojenie w konkretnym stylu Boshke. Wyskakałem się jak głupi, ledwo oszczędzając siły na Midi Miliz a.k.a. Spirallianz. Jak oczekiwałem, live Midi Miliz (Boshke Beats, Niemcy) był świetny. Nie był tak kosmiczny jak Delta ani tak nowatorski jak Fuzzion, ale dał mi to po co przyjechałem - dawkę solidnej, dopracowanej w każdym szczególe, granej na żywo muzyki. Mniam. Teraz typowy hardkor festiwalowy - jest 5 rano, mam przed sobą co najwyżej 3 godziny snu a potem gra Son Kite na którego wszyscy czekamy. Pobudka, bardzo ciężko się wstaje. Szybki prysznic i niedojedzone śniadanie - schodzimy na dancefloor, a tam produkuje się jakiś izraelska nawalanka. Son Kite jednak krząta się za deckami, z półgodzinnym opóźnieniem, ale grają. Tylko gdzie jest live act? Nie no, mistrzowie zawiedli? Po rewelacyjnej płycie i wspaniałym live który zapodali w zeszłym roku na Samothraki teraz odwalają ledwie miksowaną kichę z płyt? Patrzymy po zgromadzonych wokół, również zniesmaczonych Hindusach, Japończykach... Niee, nie ma co tu siedzieć. Ostatni dzień festiwalu, ludzie powoli się zwijają, Amerykanie byli sprytniejsi i zwinęli się wczoraj (a mówi się, że taka masowa kultura..). Ostatecznie dwóch gości wyglądających na kolumbijski kartel, tekstem "empty your pockets" do mojego kumpla przypieczętowali naszą decyzję: Chodu! Przykry akcent na koniec festiwalu. Gdyby nie ten ostatni poranek powiedziałbym, że festiwal rewelacyjny muzycznie, pełen wspaniałych otwartych ludzi (w życiu chyba na jednym festiwalu nie rozmawiałem z tyloma fajnymi freakami), na którym czułem się całkowicie bezpiecznie. Tak dalej uważam, że festiwal był świetny, totalny brak organizacji był w gruncie rzeczy nawet pocieszny, tak to jest jak ruscy się wezmą za organizację ;). Zgrzyt na koniec jednak pozostał. No, z całą pewnością trochę rozluźnił nas Brian - co za koleś :) Miał zniknąć z resztą amerykanów poprzedniego dnia, tymczasem podczas naszego pakowania manatków, totalnie nieogarnięty, wyskoczył znienacka krzycząc do nas "where the hell you think you are going, Polish freaks?" :) A my udaliśmy się spać w góry, z daleka od wszystkiego. Po powodzi i tornado, które nas tam rano zastało, już tylko do Madrytu na pyszną paleę z seafoodem, wino i samolot do domku.

Entech