Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

01.08.2003 - toga dansverg - moondalla 2


Kto: Toga Dansverg
Miejsce: Żuława koło Gdańska
Data: 01-03.08.2003

MOONDALLA 2 - The Re-we-lacja

Goa Gil: "It's not just a disco in the forest..."

Togi Dansverg nie trzeba chyba przedstawiać nikomu. Każdy, kto miał kiedykolwiek okazję pojawić się na imprezie Togi, obejrzeć zdjęcia bądź przeczytać jakąś relację z ich imprez wie, na co stać tą ekipę. W zeszłym roku Toga uraczyła nas niepowtarzalnym festiwalem muzyki trance. Od kiedy dowiedzieliśmy się o kolejnej edycji tego wspaniałego plenerowego szaleństwa apetyt rósł w miarę upływu czasu, a i oczekiwania co do Moondalli 2 były wielkie. Jedziemy!

31 LIPCA 2003 - CZWARTEK... Befor... Wstrząśnięty, niezmieszany...

Spakowani wyruszyliśmy spod klubu GGOG wraz z Blantifką. Z miejsca jeszcze raz składam podziękowania dla mamy Blantifki, która podwiozła nas swoim rydwanem. Na miejscu trwały oczywiście przygotowania, a czas naglił. Jak zwykle powiodłem wzrokiem po okolicy. Nie sposób nie porównać tegorocznej Moondalli do jej poprzedniczki. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to drastyczne zmiany w gospodarowaniu terenem na imprezę, gdyż główna scena zmieniła swoje położenie w stosunku do pierwszej edycji Moondalli. Rok temu znajdowała się ona na szczerym polu pod gołym niebem, tym razem usytuowano ją w lesie, gdzie mieścił się kiedyś chillout, a gdzie jeszcze nie tak dawno (czerwiec 2003) tańcowaliśmy na innej imprezie Togi - Bangarze. Czy decyzja o zmianie miejsca była słuszna? Są i plusy i minusy tej zmiany. Głównym minusem jest to, że straciliśmy kontakt z tą ogromną przestrzenią i niebem, którymi delektowaliśmy się na poprzedniej Moondalla. Plusy natomiast są takie, że Toga dobrze zabezpieczyła się przed ewentualnym deszczem (choć i ten nas dosięgnął, ale o tym później), las zapewniał też skuteczną ochronę przed natarczywym słońcem, a co najważniejsze - kontakt z naturą podczas tańca. Kolejną wielką zmianą był chillout, a raczej scena alternatywna. Scenę zlokalizowano nieopodal głównej sceny, lecz nadal w tym samym lasku. Czemu scena alternatywna? Ano dlatego, że rozpiętość granej muzyki na tej scenie była dość szeroka, gdyż prócz obowiązkowych chilloutów zagościły na niej takie gatunki muzyki elektronicznej jak minimal (grany przez Afro i Butcha z ekipy Brak Danych) czy d'n'b (Imp oraz Deform z Noiz Emiters). Pragnę z góry zaznaczyć, że w relacji tej nie uświadczycie już ani słowa na temat w.w. muzyki, głównie dlatego że nie jestem z nią obeznany i nie interesuję się nią na co dzień, poza tym Moondalla to dla mnie przede wszystkim festiwal muzyki TRANCE i skupię się wyłącznie na niej. Kropka.

Przy sporej asyście rozbiliśmy wreszcie namiot, a po drobnej instalacji rzeczy i sprzętu zaczęliśmy delektować się mixem dla burżujów, czyli Cola plus Martini. Chwilowo pogoda była średnia na jeża, w oddali co jakiś czas grzmiały nieprzyjemne zwiastuny burzy. Niestety nie mogliśmy jeszcze rozejrzeć się po obu scenach, więc z braku zajęcia wraz z Neilą zaczęliśmy we trójkę malować fluorescencyjne znaki, które miały ułatwić dotarcie na miejsce imprezy. Wkrótce potem zaczęła się nasza walka z komarami. Doprawdy, Bóg chyba był nieco pijany, kiedy tworzył te wredne istoty. Od rzeszy tych okrutnych małych stworzeń uratowała nas częściowo pochodnia zatknięta w ziemi przy namiocie. Sen...

1 SIERPNIA 2003 - PIĄTEK... Tygodnia koniec... i początek.

Poranek... Słońce grzało niemiłosiernie już od samego rana, a cień był wręcz na wagę złota. Ok. godziny 12 wymalowaliśmy z Ecliptem UV farbami obozową flagę, po czym nastąpiła jej instalacja w samym sercu obozu. Kawałek czarnej tkaniny dumnie dzierżył adres Psytrance.pl oraz nick Eclipta i grzybek wykonany przez Blantifkę, choć z braku wiatru flaga nie prezentowała się jak powinna. Obserwując przygotowania do grand finale w końcu doczekaliśmy się przyjazdu pierwszych znajomych, przybyło też nagłośnienie oraz toalety Toi Toi. Koło południa przybyła wreszcie cała nasza znajoma załoga, a klimat zrobił się o niebo lepszy. W dobrym towarzystwie i obozowym klimacie pośród dźwięków utworów GMS (spora zmiana, w zeszłym roku nagłośnienie rozgrzewano utworami Kai Tracid... :P) wyczekiwaliśmy wieczora.

O godzinie 18 można było w końcu wejść na obie sceny. Kiedy moją rękę przyozdobiła znana skąd indziej zielona moondallowa opaska trafiłem na środek głównej sceny. Na wprost DJ-ki, obok wejścia na scenę, znajdował się bar, w którym zakupić można było różne napoje oraz tosty. Na terenie Moondalli można było zakupić również pewne wesołe ciasteczka oraz słynny już ryż z warzywami na ciepło. Sam wystrój sceny prezentował się wyśmienicie. Wszystkie dekoracje zostały w stosunku do minionej Bangary odpowiednio oświetlone i rozwieszone. Oczywiście w centrum sceny i uwagi znajdował się wielki sześcian z ramionami gwiazdy, który można było podziwiać w tym samym miejscu już miesiąc wcześniej na Bangarze. Dodatkowo oręż dekoracji wzmocniono kilkoma pasmami białych fluoro nitek, które liczną gromadą zwisały wydawałoby się z nieba. (Do nieobecnych - myślę, że i tak więcej powiedzą wam przeróżne zdjęcia wykonane przez moich kolegów) Pokrzepiwszy swoje oczy dekoracjami pomyślałem o tym, by nakarmić moje uszy i umysł dobrymi dźwiękami. Zaczęło się ściemniać. Swój set rozpoczynał właśnie DJ Rough, dokoła pląsało kilka osób, lecz z minuty na minutę ich liczba stale rosła. Rough jak zwykle był świetny technicznie, również znakomity dobór numerów nie pozwalał nam na odpoczynek. Początkowo Rafał sięgnął po swoje standardowe numery "do rozruszania" ludzi i klimatu, później na deki poleciały znacznie szybsze produkcje transowe. Bardzo miłym akcentem było kilka utworów grupy Infected Mushroom wplecionych podczas setu, m.in. "Noise Maker", "Deeply Disturbed", czy "The Gathering". Bardzo dobry początek muzyczny imprezy zwiastował tylko same dobre rzeczy. Wokoło multum uśmiechniętych twarzy, koleżanki wymalowane we fluorescencyjne wzory oraz pojawiający się coraz to nowi znajomi...

2 SIERPNIA 2003 - SOBOTA... Gdzie jest Sacrum?...

Rough zakończył grać ok. północy, po czym zamienił się z Atanem, a okolicę nadal wypełniał szarpiący bas i nieustający rytm beatów. Zmęczony zabawą podczas setu poprzednika Atana byłem już mniej aktywny, a znaczna ilość złocistego płynu oraz urodzinowa wódka prosto od naszej solenizantki Megahani (najlepszego ;*) dawała się we znaki. Zbierałem zatem siły na set Elfa, który miał zacząć się o godzinie 3, słuchając w międzyczasie dźwięków generowanych przez Daniela. Nocny set Atana obfitował w przeróżne klimaty, od tych ciężkich, po bardziej lekkie (choć z drugiej strony o dziwo nadal masywne) numery. Uśmiech na mojej twarzy wywołały głównie dwie propozycje muzyczne od Atana: "Evil Drug Lords - The Wall", czyli świetny transowy cover znanego utworu legendarnej grupy Pink Floyd, oraz smakowity Goa-kąsek "Astral Projection - Andromeda". Kiedy nadeszła upragniona godzina 3 moje nadzieje na grę Elfa prysły jak bańka mydlana, gdyż zaistniała pierwsza nieścisłość w line-upie i za DJ-ką zasiadł Yanzan. Jeszcze przed samą Moondallą poszło parę zakładów o to jak zagra Yanzan. Na ubiegłorocznej Moondalli zagrał wprost przepiękny poranny set naładowany po brzegi pozytywną energią, jednak podupadł w naszych oczach po dwóch występach w klubie GGOG (zwłaszcza po drugim). Niestety i tym razem się nie popisał. Początek jego setu zwiastował numer, który pod względem aranżacji dźwiękowych był nawet mniej ciekawy od dźwięków wydawanych przez moją domową pralkę. Gdzie tu PSYtrance? Dalej też nie było lepiej, dlatego ja i znajomi poczuliśmy przemożną chęć odpoczynku i ewentualnego snu w obozie przy ognisku. Yanzanowi nie pomógł nawet "Ololiuqui - Active Chi", puszczony nie o tej porze dnia co trzeba. Gdy już zaległem obok namiotu moim wybawcą okazał się Kefir, który w mig obwieścił mi, że o 4 zagra Elf. Chwalmy Pana! Set Bartosza był wręcz czymś nie do opisania. Organiczny, kwaśny, wykręcony, niezidentyfikowany pod względem granej muzyki, idealny do zjednania się z naturą i wschodzącym za drzewami słońcem. Nie było tu ani chwili, kiedy mógłbym powiedzieć, że muzyka mnie nie zaczarowała. Czysta masturbacja zmysłów, w głowie kosmos, dokoła również, a przede mną skacząca kwintesencja niczym nieograniczonego spontanicznego tańca do upadłego, czyli Kefir. Jeśli o mnie chodzi to były to jedne z najpiękniejszych chwil podczas całej Moondalli, a set Elfa wpasował się w moje top 3. Z ciężkim żalem, ale też i z ciężką głową po nieprzespanej nocy wróciłem do namiotu. Z lasu unosiły się jeszcze znane mi dobrze utwory prosto ze składanki "Twisted Sessions vol. 1". Powróciwszy do rzeczywistości ok. 9 rano podobnie jak bohater z Las Vegas Parano zastanawiałem się "What comes next?".

Sobotnie powietrze przecinały lotem koszącym miłe dla ucha poranne brzmienia dozowane przez Mantodeę wspieranego czasem przez niestrudzonego Atana. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie uciążliwy skwar z nieba, który zaczął dawać się we znaki. Wiedziałem, że prędzej czy później moje czyste niegdyś ubranie zacznie przypominać zbroję z pewnością nietrącającą lawendą. Tu z pomocą przyszedł ponownie Kefir. Korzystając z jego uprzejmości zabraliśmy się wraz z nim jego karocą w parę osób (Welenka, Axe no i ja) na chwilę do jego domostwa celem skorzystania z prysznica. Kąpiel po densfloorowych wariactwach i licznych godzinach spędzonych w upale okazał się być strzałem w dziesiątkę. Przy okazji trafiliśmy w domu Kefira na istne live acty Astrixa i Metallici :>. Odświeżeni i najedzeni powróciliśmy z powrotem do Żuławy. W obozie namiotowym lekka stagnacja, a nad głowami szare niebo, które zwiastowało opady. Udałem się po jakimś czasie na główną scenę gdzie pogrywał Nois. Nois podpadł muzycznie ostatnim razem na Bangarze, teraz jednak zaprezentował się z jak najlepszej strony i wzbudził pełen zachwyt we wszystkich, którzy mieli okazję podziwiać i bawić się przy jego secie (sam Nois bawił się zresztą na moondallowym dancefloorze aż miło). DJ ze stolicy uraczył nas pięknymi przestrzennymi porannymi transami często sypiąc jak z rękawa oldschoolowym numerami, których nam tak brakowało. "Johann Bley - Stranded (The Delta Remix)", "The Infinity Project - Mindboggler", "Total Eclipse - Transparent Mind", "Sandman - Starfinder" czy w końcu idealny na plenery "Psychopod - Dreampod" to tylko kilka pozycji, które zagwarantowały nam 100% satysfakcji. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że był to jeden z najlepszych setów tej imprezy, tym bardziej, że Nois zagrał w dość ciekawych okolicznościach. Mowa tu o deszczu, który spadł niespodziewanie na nasze głowy. Płaczące przez pewien czas niebo z pewnością ubogaciło niejednej osobie taniec w lesie, m.in. Yanivowi i Blantifce, jak i samemu Noisowi. Kwintesencja szamańskiego tańca. Nieco dalej w czasie na zmianę z Noisem zagrał Kwieq, później deSpool, dalej podtrzymując przyjemny dla ciała i ducha klimat, lecz kierując się z powrotem w stronę nowszych pozycji muzycznych. Wynikła kolejna drobna obsuwa line-upowej, gdyż nie przyjechali jeszcze wszyscy goście zza granicy, wiec za DJ-ką pojawili się Atan i Mantodea i ich ping pong set. Wieczorem wszyscy powychodzili z namiotów. Zbliżało się to co tygrysy lubią najbardziej, czyli szalona noc ze Słowakami i Czechami. Po godzinie 21 swoje popisy zaczęli Psyrix oraz panowie z Mutant Star. Zagraniczni grający to jak dla mnie niekwestionowani muzyczni zwycięzcy Moondalla z numerkiem 2. Dźwięki, jakie kładli na deki były wręcz rozbrajające i na każdym kroku zadziwiały swoją pomysłowością. Nie było tu sztampy, wszystko było nowe i niespotykane. Ze względu na szybkie tempo, zdrowo i pozytywnie popieprzone sample oraz ostre kwaśne wkręty (czyli wszystko co w transie ubóstwiam) momentami utwory trącały rosyjskimi produkcjami typu Parasense, Fungus Funk czy Osom, jednak jak się wkrótce dowiedziałem panowie przywieźli do grania swój własny materiał muzyczny, a także sporą garść nigdzie nie publikowanych wcześniej promosów, przez co mój podziw dla nich jest jeszcze większy. Zagraniczni spece od mentalnej dewastacji dźwiękami poderwali do tańca wszystkich. Czysty trans... Ach...

3 SIERPNIA 2003 - NIEDZIELA... Chlip, chlip... To już koniec

Po kolegach zza granicy zagrała Hallabanaha w osobach Bongo & Kwieq, jednak gry tychże panów nie było mi już dane usłyszeć. Wielka szkoda, że w tym samym czasie walczyłem w obozie z niezbyt trzeźwym stanem moich znajomych, którzy stali się nieco niesforni. Podobnie nie dane mi było zobaczyć przedstawienia na scenie alternatywnej pt. "Teatr Mięsny" pod wezwaniem samego Miervuuga Sveerga. Szkoda, słyszałem same ciekawe rzeczy od znajomych, którzy tam byli, a później obejrzałem nawet zdjęcia. Wychodzące z ziemi trupy, roznegliżowane dziewczyny prezentujące swoje wdzięki... nawet zniszczenie Rolanda siekierą. Wszystko co najmniej wyjątkowe i bardzo specyficzne. Po prostu Sveerg. Żałuję też, że przespałem większą część gry Rium Warriors, których to wyczyny tak bardzo chciałem usłyszeć. Niczym nieskrępowane, często fullonowe szaleństwo dozowane przez Martyzana spowite dźwiękami didgeridoo trębacza - oto jak pokrótce można opisać fenomen Rium Warriors. Kiedy wywlokłem się z namiotu nie miałem sił iść dalej niż do przyjemnej zalegatorni Jagodzianych. Z oddali wyłapywałem tylko smaczne dźwięki utworów Talamasci czy S.U.N. Project w akompaniamencie didgeridoo. Po dłuższym czasie spędzonym na szukaniu sacrum i bece z absurdu popartej w dwóch przypadkach magicznymi kanapkami z gagarinowym miodem udałem się do lasku. Tam potańczyłem chwilkę w słońcu przy "GMS - Hyperactive" i dwóch innych numerach, a następnie zasiadłem koło kolumny. Grał właśnie Jahodovy Komponent. Zawieszając oko na pięknych kobietach delektowałem się ciekawym porannym setem Czecha. Może się wydawać to dziwne, ale dopiero tego dnia zagościłem po raz pierwszy na dobre na scenie alternatywnej. I dobrze zrobiłem, bo akurat montować swoje samplery i resztę sprzętu zaczął Darek z Dhuny. Rozłożyłem się jak długi na jednym z wygodnych zielonych materaców i całkowicie oddałem się w ręce muzyki. Powietrze wypełniły znakomite transowe dźwięki podszyte elektroniką. Stwierdzam, że Dhuna to naprawdę dobry ambitny projekt, któremu wróżę świetlaną przyszłość. Od momentu, kiedy wyszedłem krętą dróżką prowadzącą ze sceny alternatywnej na główną poczułem wszechobecny klimat pakowania się i wyjazdu. Pożegnawszy się z przyjaciółmi, którzy już w południe opuścili teren Żuławy obserwowałem jeszcze przez dłuższy czas poczynania wodzireja Togi (Atan), elektronicznego magika (Mantodea), cudownego dziecka lasów Rivendale (Elf) i przybysza z czeskiego filmu (Martyzan) za dekami, którzy jak zwykle błogosławili swoich wiernych na "parkiecie" dobrą muzyką. Przy ping songowym secie dwóch ostatnich nawet się troszkę pobawiłem. Na sam koniec widząc jeszcze za dekami piwną twarz samego władcy lasów (Hern z SCC) podreptałem kilkanaście metrów dalej i ponownie rzuciłem się na chilloutowy materac. Grał akurat Eclipt, puszczając trochę tego, trochę tamtego (sporo numerów ze składanek z serii Backroom Beats). Na koniec Maciej puścił utwór własnej produkcji z serii Psymvaa oraz jakiś nieznany mi numer. Śmiem podejrzewać, że był to "Astrix vs Alien Project feat. Atomic Pulse - Ireneusz R. (GMS Rmx)"... Wychodząc z chillu usłyszałem jak Nois serwuje numery formacji Logic Bomb i Altoma. Utworu "Alien Project - Nitro" oczywiście przegapić nie mogłem, jako że jest to jeden z nielicznych utworów tego muzyka, jakie lubię, a ten szczególnie przypadł mi do gustu. Niestety, jak to w życiu bywa, nadszedł czas pożegnań, pakowanie rzeczy, w tył zwrot... i po pewnym czasie znaleźliśmy się wieczorową porą z powrotem w domu. "...na wypadek gdybyśmy się już więcej nie widzieli: dobry wieczór i dobranoc" (Jim Carrey, "Truman Show").

I po Moondalli. Czy była ona lepsza czy też może gorsza od swojej poprzedniczki? Była po prostu INNA. Myślę, że to jak porównywanie jabłek i pomarańczy czy też obu części "Terminatora". Obie imprez miały swoje zalety i wady, przy czym tych ostatnich było oczywiście mniej niż pierwszych. Mając w pamięci to jak grały nasze asy z Aspect Of Valor, Stropharia Cubensis Community, Hallabanahy i Togi Dansverg oraz znakomite popisy muzyczne kolegów zza granicy (Słowacja i Czechy) wcale nie żałuję, że na Moondalli nie pojawiła się zapowiadana wcześniej rosyjska grupa Parasense czy DJ z Twisted Records. Po blisko czterech dniach udanej eskapady w krainę przyjemności wróciłem do przytulnego domu... Brak mi jednak teraz tego nagłośnienia, tej natury, a przede wszystkim tych wszystkich ludzi. Właśnie, ludzie... Nie dość, że te kilka dni spędziłem w potężnym gronie moich najlepszych znajomych, to w dodatku nie spotkałem się ani razu z jakimikolwiek przejawami agresji ze strony nieznanych mi imprezowiczów, czy też miejscowych, którzy czasami przychodzili w odwiedziny by zobaczyć co się dzieje na żuławskich ziemiach. Po prostu ful pozitiw. Ludzi przybyło tym razem więcej niż w zeszłym roku, mam nadzieję, że rok 2004 ściągnie na ewentualną Moondallę 3 jeszcze więcej osób; dla fanów dobrych transowych brzmień jest to pozycja wręcz obowiązkowa. Potrzebny komuś otwieracz do trzeciego oka? Świetna muzyka, sprawna organizacja, dekoracje, wspaniali ludzie no i oczywiście wszechobecna natura - to główne atuty tego przedsięwzięcia. Pozostało mi tylko czekać do następnego roku, o ile trzecia edycja Moondalla będzie miała miejsce. Czy muszę dodawać, że kto tam nie był ten naprawdę dużo stracił? Pozdrawiam wszystkich organizatorów, grających i imprezowiczów, a jako ładne zakończenie tejże relacji pozwolę sobie zacytować słowa Bongo: "Niech Niemcy mają Voova, Portugalia Booma a my będziemy mieli Moondallę.". I to by było na tyle.. Mam nadzieję, ze nie zasnęliście podczas czytania. :>

C.D.N.?...

Templar